29.05.2009

Archeologia AD 2345

Podczas prac prowadzonych w ramach przygotowań do budowy mostu w miejscowości T. (mniej więcej od połowy XXI wieku, po spektakularnej katastrofie budowlanej jedynego mostu w tym gotyckim mieście - orszak Wielkiego Prezydenta M. podczas tradycyjnych objazdów miasta w towarzystwie kilkudziesięciu kamer lokalnej telewizji nadającej transmisję w systemie satelitarnym do każdego mieszkania w mieście wpadł w dziurę w nawierzchni, zburzył filar i poszedł na dno, powodując zawalenie całej konstrukcji - miejscowość pozbawiona była przeprawy przez Wisłę) w ruinach niewielkiej tawerny położonej nad rzeką, wśród szkła, butelek, zachniętych odwłoków i odchodów ekipa archeologiczna znalazła zapiski, które udało się odcyfrować. Pisane były w języku znanym jako polski, dlatego ich tłumaczenie zajęło kilka miesięcy. Oto efekt pracy tłumaczy:

[ początek tekstu najwyraźniej urwany ] ... jak dalej dam radę, bo jest niechudo. To chyba czwarty dzień pod rząd, wszyscy się zachowują jakby wcześniej przez miesiące wysuszeni siedzieli w domu. A tutaj w [niezrozumiałe wyrażenie, w dosłownym tłumaczeniu "poddawana stosunkowi płciowemu przechowalnia brzydkich twarzy" ] niewiele się zmieniło. Stary znajomy [choroba płciowa]. Poza tym ciągle pada. Mam wrażenie, że pogoda wepchnęła się do bagażu i przyleciała ze mną. [samica psa]. Muszę trochę odpuścić, bo w końcu trzeba parę rzeczy załatwić, no i nie mo [... tekst urwany, jakiś płyn zalał kilkanaście słów ] ... dzieję, że w Gdańsku to jakoś będzie wyglądało. W każdym razie szykuje się ostre podróżowanie po ziemi oj czystej. Odpocznę najwyraźniej dopiero na [skreślone słowo piaszczyste] no poprostu na plażach Bangoru. Z drugiej strony, jeśli uda się zrealizować wszelkie elementy planu, to może być naprawdę udana ekspedycja. No ale nie chwalmy dnia prze.... [tekst urwany, reszta nieczytelna]

19.05.2009

Norik, co miota miejscowych po macie



Przyjechał tu przed trzema laty. Chciał na rok, został do dzisiaj. A ostatnio – niemal zupełnie niespodziewanie – wrócił do swej wielkiej pasji: zapasów w stylu wolnym. I nie dość, że powrócił do sportu, to jeszcze wywalczył medal na mistrzostwach Irlandii Płn, a do tego dzieli się swą sportową wiedzą z młodymi adeptami zapasów.

Historia Norika może być materiałem na całkiem niezły film o zaskakujących ludzkich losach. Jego rodzice pochodzą z Armenii. Sam urodził się w ... Moskwie. - Z pochodzenia jestem Ormianinem, ale czuję się Polakiem – uśmiecha się. Kiedy w eliminacjach do mistrzostw Europy Polska grała z Armenią kibicował Polakom, ale nie chciał by Armenia przegrała zbyt wysoko. Do Belfastu przyjechał w 2006 roku. Myślał, że góra na rok, ale został tu do dzisiaj. Chociaż teraz ma już dość poważnie sprecyzowane plany związane z powrotem do kraju.

Jak to się stało, że właśnie w Irlandii Północnej wrócił na zapaśnicze maty? - Zawsze mnie ciągnęło, by wrócić do zapasów – opowiada. - Problem jednak, że tutaj dominują „nowoczesne” sporty walki, MMA czy walki w klatce. A to zupełnie coś innego...

I tutaj na drodze stanął przypadek. W listopadzie ubiegłego roku wybrał się któregoś dnia do centrum i w jednym z pubów poznał dwóch mężczyzn, którzy wspomnieli mu, że są w okolicy kluby zapasów klasycznych. Wtedy jeszcze nie wykorzystał tego kontaktu, ale krótko potem podczas przypadkowej rozmowy w pracy – Norik pracuje w recepcji jednego z hoteli w Belfaście i jeden z gości myślał, że jest on rugbistą – dostał znów namiary na klub zapaśniczy. Właśnie w ten sposób udało mu się wrócić do zapasów.

Okazało się, że jego zapaśnicze umiejętności, wyniesione z Polski, na ulsterskiej ziemi są bardzo cenione. Zaczął treningi w klubie w Belfaście. - Przy Shoreroad prowadził zajęcia trener kadry Irlandii Północnej, kiedy się z nim skontaktowałem, powiedziałem skąd jestem i że trenowałem zapasy, to poprosił mnie żebym w ramach przysługi dla niego przyszedł na trening.

Trudno się w sumie dziwić – polska szkoła zapasów od lat zbiera laury na największych światowych imprezach, Irlandczycy powoli uczą się dopiero tego sportu.

To było w marcu. Kilka tygodni później Norik – szukający zapaśniczych ośrodków po całej Irlandii Północnej trafił do Derry, gdzie przyjechała na obóz kadra Szkocji. Tam również trener skorzystał z doświadczenia naszego zapaśnika. - Oczywiście, że to wielka satysfakcja, kiedy można dzielić się swoimi umiejętnościami – uśmiecha się Norik. - Ale równie wielką radość mam z powrotu do sportu i z tego, że nie zapomniałem tego wszystkiego, co trenowałem przez lata.

Po kilku zajęciach trener stwierdził, że Norik powinien wystartować w otwartych mistrzostwach Irlandii Północnej i sam przyniósł mu aplikacje do startu w zawodach. - Jechałem, by wygrać – opowiada Norik. - Okazało się jednak, że w pierwszej rundzie trafiłem na równie doświadczonego zawodnika pochodzącego z Ukrainy. Przewalczyliśmy bardzo wyrównane trzy rundy, obserwatorzy – kibice, zawodnicy i trenerzy – zgodnie potem mówili, że dawno nie widzieli takiego pojedynku, niestety Ukrainiec okazał się na koniec nieznacznie lepszy. Zresztą został on później mistrzem.

Norik, podrażniony porażką w pierwszej rundzie przeszedł jak burza przez pozostałe walki turnieju, niestety wystarczyło to jedynie na brązowy medal. W decydującej o medalu walce przeciwnik dosłownie poleciał w powietrzu, rzucony na matę pięknym rzutem na łopatki. I tak właśnie Polak stanął na podium zapaśniczych mistrzostw Ulsteru.

Co dalej? Norik chce jeszcze trochę powalczyć na północnoirlandzkich matach, ale nie ukrywa, że ciągnie już go do Polski. Planuje wrócić do treningach w swym macierzystym klubie – Stali Rzeszów. Marzy mu się też, że na międzynarodowy Puchar Polski w zapasach uda mu się ściągnąć swych sportowych przyjaciół z Ulsteru.

06.05.2009

Rok

Dzisiaj mija rok, od chwili kiedy znalazłem się w tym ciekawym zakątku. Dla "weteranów" emigracji, tych, którzy przyjechali do UK czy Irlandii na unijnej fali jeden rok przy ich pięciu jest jubileuszem zabawnym zapewne. "Ooo, to ty jeszcze zielony jesteś..." często pada przy rozmowach z zasiedziałymi już tutaj rodakami, którzy dodają, że tak naprawdę po drugim roku człowiek zaczyna miewać kryzysy. "Bo pierwszy rok to jedziesz na entuzjazmie".

Z tym entuzjazmem to różnie bywa. Rok to przysłowiowa kupa dni, godzin i często wkurzających minut spędzanych w miejscu, gdzie tak naprawdę zawsze będzie się gościem. Dlatego kiedy słyszę opinie: "Ja tu czuję się jak u siebie" to zawsze trochę mi się brew podnosi ze zdziwienia. Bo po pierwsze Norn-Iron daleko do wielokulturowości takiego Londynu (a ta wielokulturowość wcale nie musi też oznaczać wielkiej tolerancji i otwarcia miejscowych), bo nawet po kilku latach trudno jest wejść w sposób myślenia, zachowania i wszystkie obyczaje miejscowych, bo bez perfekcyjnej znajomości języka trudno bawić się chociażby we wszelkie gry półsłówek, aluzje i inne przekazywanie myśli z ludźmi, którzy urodzili się tu i tu żyją - a nie znam nikogo spośród rodaków, który by mówił perfekcyjnie w miejscowym narzeczu angielskiego. Bo do tego, mimo, że jesteśmy w wielu cechach (przeważnie tych paskudniejszych) podobni do siebie, to jednak Polacy i Irlandczycy, Ulsterczycy, czy jak zwał mieszkańców północy Zielonej Wyspy z innych zupełnie kręgów kulturowych jesteśmy.

Tyle na początek uwag rocznicowych. Wieczorem dopiszę więcej. Bo tak się złożyło, że i Ela przyjechała do Six Counties akurat na jubileusz mój (no popatrz, nieźle to sobie JKM zaplanowała ;) ), i ma być dzisiaj przyjazdem w Bangorii, poza tym jeszcze jakieś spotkanie w Stormoncie - oczywiście pod pozorem inauguracji Tygodnia Kultury Polskiej, ale wiem wiem, nagle wszyscy krzykną "supraaaaajs" i zacznie się party, huehuehue.

Także tu będzie jeszcze dzisiaj apdejt.
Dzisiaj ;] No to byłem optymistą huehuehuehue :)
W każdym razie serdeczne podziękowania dla Sylwii i Pawła za współudział w spontanicznym wieczorze pod nazwą "in vino veritas". Pomiędzy opróżnianiem kolejnych produktów winnic z Włoch i Republiki Południowej Afryki udało nam się jeszcze trafić na wernisaż współczesnej polskiej sztuki połączony z performancem (nędza performans, nędza, nie takie rzeczy się widziało swego czasu w Krzyżakowie, gdzie ludzie uprawiali nawet sztukę womitoryjną...) w Ormeau Bath Gallery. No i w sumie potem nagle zrobił się piątek... :)

No a tak to pokrótce wyglądało:







01.05.2009

O tym i o owym (2)

Trochę się ostatnio zaniedbałem z dokonywaniem notatek w tym miejscu. No ale po marcowym słowotoku związanym w sumie również z dość dużą liczbą różnych zdarzeń kwiecień zrobił się tu bardziej wyluzowany. Przynajmniej z punktu widzenia tzw. "ostrej wydarzeniówki". Co nie znaczy, że nic się nie działo. Poniżej będzie takie podsumowanie ostatnich wydarzeń i nie tylko. Bo będą też obrazki zupełnie z tematem nie związane.



Ciekawostka z Village i Donegall Road - czyli urokliwych zakątków miasta Belfast. Sytuacja tam się w miarę uspokoiła, chociaż jakieś dwa tygodnie temu tzw. "wjazd" na mieszkanie przeżyli mieszkający tam Węgrzy. Cóż, to jeszcze odpryski zdarzeń z końca marca, ja się tylko obawiam, żeby po wrześniowym meczu w Szczecinie nie było "Imperium Kontratakuje"...



Ciekawostka z życia politycznego miejscowych. Po zamachach z początku marca Martin McGuinness - kiedyś szef IRA w Derry w czasach najbardziej krwawych (kiedy doszło tam do Krwawej Niedzieli, on był bodajże drugi w hierarchii) - a dzisiaj wicepremier rządu w Belfaście z partii Sinn Fein, stwierdził publicznie, że ci członkowie radykalnych ugrupowań republikańskich, którzy dokonali zamachów, są zdrajcami Irlandii. Dodatkowo zaapelował do wszystkich, którzy mieli jakieś informacje o zamachach, by skontaktowali się z policją i powiedzieli wszystko, co wiedzą. Zrobił to, stojąc na konferencji razem z szefem policji (Anglik z Londynu) oraz przywódcą protestanckiej, lojalistycznej partii DUP. W najnowszej historii Irlandii Północnej było to wydarzenie bez precedensu. Dla republikanów przez dekady współpraca z policją oznaczała jedno - zdradę, karaną często karą najwyższą.Sam McGuinness na pewno dobrze pamięta, jak w latach 70. IRA traktowało policyjne "wtyczki". Przestrzelenie kolan to było tylko łagodne ostrzeżenie. Oczywiście, wiadomo, że głownym celem McGuinnessa było teraz unikniecie lawiny przemocy - bo taki gest został dobrze odebrany przez lojalistów i być może też i dlatego nie doszło do "rewanżu". Natomiast w środowisku republikańskim zawrzało. I w specjalnym oświadczeniu Wielkanocnym - dla republikanów Wielkanoc to wspomnienie Powstania, które było krokiem do powstania niepodległego państwa - Real IRA powiedziało wprost, żeby McGuinness uświadomił sobie, kto tu naprawdę jest zdrajcom. I przypomniał sobie o losie zdrajców. Nie dalej jak trzy lata temu RIRA zabiła swego byłego członka, który okazał się współpracownikiem brytyjskiego wywiadu, co w oświadczeniu skwapliwie przypomniano. Nieco ponad tydzień temu prasa podała zaś już oficjalnie, że do McGuinnessa dotarły poważne ostrzeżenia o szykowanym na niego zamachu. I chociaż Marty oficjalnie mówi, że nie zmieni swego postępowania i nie przestraszy się gróźb garstki (z tą garstką to różnie ludzie mówią, jak się pochodzi po uliczkach zachodniego Belfastu, popatrzy chociażby na napisy na ścianach i plakaty, to... być może oficjalne tezy głoszące że RIRA i CIRA to dzisiaj niewiele ponad 200 osób w sumie to tylko optymistyczne zaklinanie rzeczywistości), to jednak odwołał swe tradycyjne wakacje nad jeziorem w County Donnegall. Jeśli dodać do tego inny smaczek - taki oto, że Gerry Adams, kolejna "ikona" Sinn Fein powiedział ostatnio w TV, że protestantyzm jest całkiem ciekawy i fajny (mówiąc w skrócie i kolokwialnie), to tacy tradycyjnie katoliccy i od pokoleń nie cierpiący Anglików, Londynu i brytyjskości prości Irlandczycy z Falls w Belfaście, Bogside w Derry czy innych miłych zakątków tej części wyspy mogą poczuć się trochę zagubieni. A wtedy mechanizm może być prosty i znany choćby z kraju, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów nieba: "oszuuuukaaaali nas", "same się ustawiły i zdradziły" - no i wtedy może być ciekawie znów. Być może pewną próbą będą eurowybory - podobno chce w nich wystartować Colin Duffy, weteran radykalnego ruchu republikańskiego, który właśnie siedzi w areszcie z zarzutami udziału w zamachu na bazę pod Antrim i zabójstwa dwóch żołnierzy. (Myślę, że Duffy nadaje się dobrze do kolejnego przyczynka do galerii portretów, ale to pojawi się, kiedy wiadomo będzie czy startuje, czy nie).

No a z rzeczy bardziej spokojnych - w Belfaście się Polska Kultura w ramach Tygodnia rozprzestrzenia. W Red Barn Gallery - fajna miejscówka, undergroundowa w nastroju - otwarto wystawę poświęconą budowaniu Nowej Huty. Przyszło trochę rodaków, było paru miejscowych. I chyba oni byli najbardziej zdziwieni klimatami pokazanymi na świetnych nawiasem mówiąc fotografiach.