06.04.2011

Demonstracja. Znów przeciw zabijaniu




04.04.2011

Kolejne zmarnowane życie

Kolejne życie zostało zmarnowane. W sobotę w wybuchu bomby, która wybuchła pod jego autem, zginął 25-letni policjant. Ronan Kerr w mundurze chodził dosłownie od kilku tygodni, w maju ubiegłego roku zgłosił się na szkolenie, pod koniec grudnia ukończył kurs. Wyszedł z domu, wsiadł do auta, by pojechać na popołudniową zmianę. Kiedy chciał ruszyć, eksplodował ładunek.

Miał 25 lat. Studiował w Jordanstown na Ulster University. Miał dwóch braci, siostrę. Ojciec zmarł trzy lata temu na raka. Grał w futbol gaelicki. "Zawinił" tym, że poszedł do policji. Swoją drogą, dla młodych ludzi tutaj policja zaczyna być jedyną sensowną drogą kariery przy dość kiepskiej sytuacj na rynku pracy. Nie wiadomo, jakie motywy kierowały Ronanem, kiedy zgłosił się do służby. Jego dziadek
- mieszkaniec mocno republikańskiego (łagodnie mówiąc) Andersonstown w zachodnim Belfaście - przepytywany dzisiaj przez BBC mówi, że decyzja wnuka o wstąpieniu do policji zaskoczyła go - zdawał sobie bowiem sprawę, co może grozić policjantowi w Irlandii Płn, jednak wnuk chciał to robić i był przekonany, że nic złego go nie spotka...

Teraz jego rodzina w poruszającym oświadczeniu prosi, by śmierć Ronana nie poszła na marne.By katolicy nie rezygnowali ze służby w policji dla dobra wspólnego społeczeństwa. Politycy ze wszystkich ugrupowań potępiają sprawców sobotniego zamachu. A w poniedziałkowe popołudnie w północnym Belfaście, pod samochodem w okolicach posterunku policji, znaleziono podejrzany pakunek. Na miejscu pracują saperzy.

Przedmiot, który może być kolejnym ładunkiem wybuchowym, znaleziono na Tennent Street w północnym Belfaście. Okoliczne domy i firmy zostały ewakuowane, pobliski posterunek policji pracuje bez zmian. Dotąd nie wiadomo, czy odnaleziony przedmiot to rzeczywiście element kolejnego zamachu na policję.

W Omagh trwa zaś zakrojone na szeroką skalę śledztwo, które ma wyjaśnić okoliczności terrorystycznego zamachu, w którym zginął młody katolicki policjant. Nikt jak dotąd nie przyznał się do podłożenia bomby, policja nie ujawnia też zbyt wielu informacji o postępach śledztwa. Wiadomo, że ładunek mógł znajdować się pod autem przez dłuższy czas – Kerr nie korzystał z samochodu przez ostatnie 48 godzin przed swą śmiercią. Funkcjonariusze apelują o jakiekolwiek, nawet drobne czy szczątkowe informacje, które mogłyby naprowadzić na ślad sprawców.

Policja pokazała jak mogła wyglądać bomba, która zabiła Kerra. Ładunek o wadze pół kilograma umieszczono w czymś przypominającym pudełko na lunch. Bomba miała zapalnik uruchamiający się pod wpływem ruchu.

Kerr został zabity dosłownie kilka dni po tym, kiedy Sekretarz Stanu ds Irlandii Północnej ogłosił zakończenie stosowania procedury 50-50, zakładającej, że do północnoirlandzkiej policji rekrutowani są w tej samej liczbie kandydaci pochodzący ze środowisk protestanckich, jak i katolickich.

Problem sił policyjnych w Irlandii Północnej jest bardzo głęboki i złożony. Wielu mieszkańców wciąż pamięta jeszcze Royal Ulster Constabulary. W latach konfliktu RUC była wielokrotnie oskarżana – przede wszystkim przez środowiska narodowo – republikańskie – o jednostronne działanie, o łamanie praw człowieka, o brutalność wobec społeczności katolickiej. Wiele spraw trafiło nawet do Trybunału Praw Człowieka w Strasbourgu. W owianych złą sławą „detention centres” - miejscach internowań nie tylko osób złapanych na działności terrorystycznej, ale również luźno podejrzewanych o takie czyny - „opracowano” specyficzne – łagodnie mówiąc brutalne i niehumanitarne - metody przesłuchań, stosowane po ponad dwu dekadach wobec zatrzymanych muzułmanów, posądzonych o kontakty z Al-Kaidą.

Medal miał oczywiście i drugą stronę – przez cały czas Troubles funkcjonariusze RUC stanowili cel numer jeden dla IRA. Zginęło ich w czasie konfliktu ponad trzystu, rannych w zamachach zostało ponad dziewięć tysięcy.

Porozumienie Wielkopiątkowe, kończące konflikt, miało otworzyć drogę do stworzenia „normalnych” sił policyjnych. RUC przemianowano w Police Service Northern Ireland, stworzono urząd policyjnego Ombudsmana – niezależnego kontrolera skarg płynących na działalność stróżów prawa. Zaczęto szukać rekrutów w społecznościach katolickich – wspomniany projekt 50-50.

Przez dekadę – mimo wielu gróźb, prób zamachów i wciąż nierozwiązanego do końca problemu braku zaufania do policji – wielu katolików uważa policję za „obcą służbę”, protestanci zaś, po zmianie RUC w PSNI też nie do końca ufają formacji, w której „nagle” pojawili się katolicy – nie doszło do najgorszego.

Szczęście skończyło się przed dwoma laty. W marcu 2009, po zamachu na bazę wojskową w Antrim, w którym zginęło dwóch żołnierzy, w Craigavon zastrzelony został konstabl Stephen Carroll. Katolik. W styczniu 2010 wybuchł ładunek pod samochodem Paedara Heffrona, policjanta z Randalstown. Mężczyzna – katolik, zaangażowany w działalność lokalnego klubu futbolu gaelickiego, biegle mówiący po irlandzku przeżył, ale stracił nogi. W kwietniu 2010 przed posterunkiem policji w Newtownhamilton wybucha samochód pułapka. Nikt na szczęście nie ucierpiał. Poważniejszych takich zdarzeń było co najmniej kilkanaście i tylko chyba najbardziej niepoprawni optymiści nie dopuszczali do siebie myśli o tym, że tragedia w końcu musi nastąpić.

Jak dotąd – do poniedziałkowego południa – nie ma żadnych informacji o tym, by do zamachu przyznała się któraś z republikańskich grup ekstremistycznych. W grę mogą wchodzić ugrupowania uważające się za kontynuację IRA, bądź też radykałowie z ONH, „walczący” o socjalistyczno-demokratyczną republikę Irlandii. Dla nich wszystkich Irlandczycy – katolicy – wstępujący w szeregi policji, są zdrajcami „służącymi Londynowi”.

Komentatorzy lokalnych mediów podkreślają, że celem terrorystów jest wywołanie poczucia permanentnego zagrożenia oraz storpedowanie procesu tworzenia standardowych struktur polityczny, państwowych, policyjnych w kraju, który tak naprawdę jeszcze nie przyzwyczaił się do „zwyczajnej” demokracji. Warto chociażby wspomnieć, że zakończona właśnie kadencja Zgromadzenia Ustawodawczego w Stormoncie była pierwszą pełną i nieprzerwaną kadencją lokalnego parlamentu od ponad trzydziestu lat! Wiele politycznych sporów i problemów wywołała akcja przeniesienia z Londynu do Belfastu ośrodka władzy w sprawach policyjnych i sądowniczych. O strachu nikt jednak nie mówi, wszyscy mówią zaś o gniewie. Szczególnie dobitnie takie wypowiedzi brzmią z ust polityków Sinn fein, partii związanej przez lata z Irlandzką Armią Republikańską, której dzisiejsi przywódcy w czasach konfliktu pełnili kierownicze role w IRA i w tamtych latach zapewne również traktowali policjantów jako „uprawniony cel”.

Dzisiaj Gerry Adams mówi o tym, że ludzie, z którymi współpracował przez całe życie, jak i on sam, kipią z gniewu na to, co się stało. Mówi, że sprawcy zamachu nie mają absolutnie żadnego poparcia społecznego. Premier (z unionistycznej DUP) Peter Robinson i wicepremier (Sinn Fein) Martin McGuinness wspólnie przemawiają, potępiając przemoc.

Oby ta jedność utrzymała się długo. Z drugiej strony - w maju mamy lokalne wybory. Nie chciałbym krakać, ale każda ekstrema na swój sposób wykorzysta śmierć Kerra. Na murze w Bogside - dzielnicy Derry, gdzie w 1971 brytyjscy komandosi zrobili Krwawą Niedzielę pojawił się napis "East Tyrone IRA - RUC scum: 1-0! Hahaha!".
Mniej i bardziej radykalni unioniści zyskali kolejny przykłąd, że nie woelno republikanów dopuszczać do władzy za wszelką cenę (a w tych wyborach Sinn Fein może zostać najsilniejszą partią, po lewej - nacjonalistycznej stronie są najsilniejsi, SDLP - republikańscy socjlademokraci raczej nie powinni im zagrozić, bardziej nawet poodbierają głosy ze środisk unionistycznych; ale temat wyborów to już zupełnie inna bajka, więc stop tej dygresji).

Obawiam się, że to niestety nie koniec. A w ogóle, to podchodząc do sprawy zupełnie paranoicznie, można dojśc do wniosku, że wielu mogło zależeć na podsycaniu ognia w piekiełku...Zastąpienie strachem przed terrystami lęków związanych z sytuacją gospodarczo- społeczną, pokazanie, że konieczna jest "permanentna inwigilacja" dla naszego własnego dobra, pokazanie, do czego może dojść, gdy ekstrema dojdzie do władzy... Różne są scenariusze z tych alternatywnych. Ale na razie tyle.

02.03.2011

Człowiek w mundurze

Nie chce podawać swego imienia i nazwiska, o zdjęciu nawet nie ma mowy. „Napisz, że mam na imię Walter...” Na rozmowę zgodził się po długich namowach. Skąd ta tajemnica? „Walter” pracował przez kilkanaście lat w służbie więziennej w Irlandii Północnej. Pracował w latach, kiedy konflikt był najbardziej krwawy i brutalny, kiedy w więzieniach również bywało bardzo gorąco. Od kilkunastu lat jest na emeryturze. Mieszka w spokojnym miasteczku niedaleko Belfastu. Prosi, by nie podawać więcej szczegółów. Kilka lat temu, kiedy już nie pracował w mundurze, ktoś strzelał w okno jego ówczesnego domu.


Byłeś świadkiem wielu wydarzeń z czasów tutejszego konfliktu. Co wryło Ci się najbardziej w pamięć?


- Najgorzej było chyba w 1972. Skończyłem szkołę w 1970, potem zacząłem pracować w Belfaście, pracowałem, w biurze nieruchomości. Mieszkałem w Newtownards i codziennie dojeżdżałem autobusem. Któregoś piątku IRA podłożyła bomby w całym Belfaście. Całe miasto zostało zablokowane, ewakuowano dworce kolejowe, autobusowe. Pamiętam, że było popołudnie i wracałem do domu piechotą, bo żadna komunikacja nie działała. Przechodziłem koło zbombardowanego dworca autobusowego, widziałem ciała ofiar. Wychodziłem z miasta piechotą, a kiedy obejrzałem się i spojrzałem na Belfast, widziałem dymy po eksplozjach, miasto wyglądało jak z czasów wojennych, jak jakieś miasto po nalocie... To był Bloody Friday, tak później nazwano ten dzień. Do dzisiaj boli mnie to, że o tym dniu nikt nie pamięta, chociaż było tak wiele ofiar. Czy ludzie, którzy wtedy zginęli, byli gorsi? Na dochodzenie w sprawię Bloody Sunday poświęcono setki milionów funtów, a ludzie, którzy stali za zamachami w Belfaście dzisiaj są w kręgach władzy. Nie wiem, czy to jest sprawiedliwe.

- Nie mówi się o niewinnych, zwykłych ludziach. Cały czas mówiło się i mówi o IRA, o UVF, UDA o organizacjach paramilitarnych. A naprawdę to większość ludzi nigdy tego nie chciała. Nikt nie chciał konfliktu, nikt nie chciał wojny. Teraz jest pokój, ale jego koszty też są wielkie. Nikt tego nie mówi, ale wszystkie te organizacje ciągle prowadzą swe interesy, tylko zeszły teraz głęboko pod ziemię. Pieniądze płyną z Wielkiej Brytanii, płyną z Irlandii, płyną z Ameryki po to, by był spokój. IRA ogłosiła rozwiązanie struktur wojskowych, Peter Robinson, wicepremier potwierdził to jakiś czas temu oficjalnie, UDA i UVF również, International Monitoring Commission również mówi o rozbrojeniu, ale te organizacje wciąż istnieją. Po co?

Od ponad dziesięciu lat mamy w Irlandii Północnej pokój. Wierzysz, że konflikt już jest przeszłością?

- Mam nadzieję, że to wszystko jest już za nami, naprawdę mam taką wielką nadzieję. Ale nie potrafię pozbyć się wątpliwości. Znam historię tego kraju, pamiętam co się działo wcześniej. Ten kraj cierpiał już tyle razy, był rozrywany wielokrotnie konfliktami. I co dwadzieścia, trzydzieści lat historia się powtarza...

- Niektóre rejony są mocno dotknięte nienawiścią związaną z religią, ale są też miejsca, gdzie od lat protestanci i katolicy żyją obok siebie, gdzie nawet w czasie The Troubles nie dochodziło do wielkich konfliktów. Myślę, że takim bastionem spokoju są rejony North Down oraz półwyspu Ards.

- Moim zdaniem, prawdziwa przyczyna wybuchu The Troubles jest zupełnie inna, niż mówią historycy, niż mówią dziennikarze. To nie była sprawa między protestantami a katolikami, to nie był konflikt między zwolennikami republiki a lojalistami, tak naprawdę poszło o strefy wpływów organizacji paramiliatarnych. To o czym się mówi, jako przyczynach, to był pretekst. Za wszystkim stały organizacje przestępcze, takie jak mafia, walczące o strefy wpływów na wymuszenia, na handel narkotykami, na całą taką działalność. Tym ludziom zależało na konflikcie, zależało na tym, by była tu wojna, bo mogli rozgrywać swe interesy. Niewinni ludzie wciągnięci w konflikt ginęli, a oni robili biznes.

Pracowałeś w służbie mundurowej. Konflikt był dla Ciebie ciężkim czasem...

- To były ciężki czasy dla każdego, nie tylko dla mnie. Ja chciałem tylko zapewnić rodzinie spokojne życie, zapewnić im dobry byt i utrzymać daleko od konfliktu. Na szczęście mieszkaliśmy daleko od Belfastu, daleko od Falls Road, od Shankill Road, od Ardoyne... Teraz moje dzieci są już dorosłe, mieszkają poza Irlandią Północną, również dlatego, że przez lata konfliktu ten kraj stracił czas, stracił lata. Patrząc nawet na warunki w Anglii czy w Szkocji widać, że konflikt zostawił tu głębokie rany...

- Widziałem ludzi, którzy popełniali najstraszniejsze zbrodnie od czasów II wojny światowej. Widziałem ludzi, którzy pod pozorom idei dokonywali zbrodni, za które nigdy nie powinni zostać zwolnieni z więzienia. Shankill Butchers, Rzeźnicy z Shankill obdzierali ludzi żywcem ze skóry. To byli psychopaci, a twierdzili, że robią to w imię idei lojalizmu. A zostali zwolnieni z więzienia, bo takie było porozumienie. W innych częściach Wielkiej Brytanii dostaje się za takie zbrodnie dożywotnie wiezienie, nigdy się z niego wychodzi... Tu wyglądało tak, jakby to był inny kraj. W innych krajach mordercy są wieszani, w Ameryce mordercy policjantów dostają karę śmierci. Tu zginęło w czasie konfliktu ponad trzystu policjantów, nie licząc żołnierzy. A ostatni wyrok śmierci wykonano na początku lat sześćdziesiątych..

Nie bałeś się o swoje bezpieczeństwo?

- Ktoś musiał to robić, ktoś musi wykonywać taką pracą dla społeczeństwa. Przez lata musiałem wykonywać szereg czynności, by sprawdzać swe bezpieczeństwo. Każdego ranka kontrola samochodu, dojeżdżanie do pracy różnymi trasami, odruch patrzenia w lusterko wsteczne mam do dziś. Nie zapinałem pasów w samochodzie, by w razie ostrzału móc zrobić unik. I tak przez ponad dwadzieścia lat. Najgorsze w tym wszystkim nie było właśnie to niebezpieczeństwo, które mogło grozić mi, ale zagrożenie dla rodziny. Były groźby, dostawaliśmy różne wiadomości, któregoś wieczoru, kiedy moja żona była w ciąży, za oknami przejechał samochód i padły z niego strzały. Kula przeleciała przez okno i wbiła się w ścianę. Żona była w tym pokoju. Przeprowadziliśmy się. Wielu wielu ludzi, wie kim byłem, wie gdzie pracowałem. Przeszedłem wiele, byłem w więzieniu, w którym doszło do buntu, celowano do mnie z broni palnej. Udało mi się jednak wyjść ze wszystkich tych sytuacji. Wierzę, że postępowałem uczciwie. I tak jak większość ludzi tu mieszkających chcę pokoju.

24.02.2011

Głos wart jest mszy

Życie polityczne w Irlandii Północnej nie ma sobie chyba równych. Oto jedna z głównych informacji dnia z wtorku: Peter Robinson, premier, oświadczył oficjalnie, iż jest gotów uczestniczyć w … katolickich mszach świętych.

Dla porządku i wyjaśnienia, dlaczego wiadomość ta sprawiła, że świat się trochę zachwiał w Sześciu Hrabstwach. Otóż Peter Robinson jest liderem Democratic Unionist party – mocno prawicowego, lojalistycznego ugrupowania, które wyrosło jako partia polityczna ze środowisk związanych z radykalnym protestanckim kościołem Free Presbiterian Church. Założył go w 1951 roku Ian Paisley – i jest to temat na odrębną opowieść. Tu warto jedynie pdoać kilka najistotniejszych informacji: Free Presbiterian Church wyznaje dość ortodoksyjne, fundamentalistyczne wręcz zasady i interpretację Biblii. Stoi w ostrej opozycji do kościoła rzymsko – katolickiego i niejako łączy poglądy religijne z poglądami politycznymi. Założyciel i lider, Ian Paisley, był wieloletnim liderem ruchu unionistycznego, przewodniczącym DUP, a także był szefem rządu Irlandii Północnej. Na arenie międzynarodowej zasłynął w połowie lat osiemdziesiątych, kiedy to na forum Parlamentu Europejskiego, którego był członkiem, zaatakował w ognistej przemowie odwiedzającego Strasbourg Jana Pawła II, nazywając go antychrystem.

Teraz wydaje się odrobinę jaśniejsze, czemu główny dziennik Irlandii Północnej uznał tą deklarację Robinsona jako polityczny news dnia. Oczywiście Robinson, starając się uniknąć trzęsienia ziemi w swej formacji od razu wytłumaczył, że nie o każdą katolicką mszę mu chodzi, a już na pewno nie zamierza się w żaden sposób modlić w katolickich świątyniach.

„Musimy być partią, która ma szacunek i zrozumienie dla wszystkich części naszego społeczeństwa” - wyjaśniał Peter Robinson, dodając że jest gotowy uczestniczyć w mszach pogrzebowych swoich zmarłych katolickich kolegów i dygnitarzy. Dotąd żaden lider DUP nie uczestniczył nigdy w katolickim nabożeństwie. Kiedy w ubiegłym roku zmarł kardynał Cahal Daly, ministrowie DUP Arlene Foster i Sammy Wilson pojechali do Armagh, gdzie odbywały się uroczystości żałobne, ale złożyli tylko kondolencje hierarchom. Nie uczestniczyli w uroczystościach żałobnych ani w kościele, ani nie szli w kondukcie.

Robinson łamie więc dość znaczące bariery, ale by nie wywoływać szoku w konserwatywnym protestanckim środowisku, którego członkowie uważają – zgodnie z doktryną religijną – Watykan jako siedlisko Zła na ziemi, dodaje, że nie będzie oczywiście traktować tego udziału we mszy jako modlitwy czy aktu nabożeństwa. Dalej jeszcze mówi, że oczywiście nie będzie w tym względzie żadnej partyjnej dyscypliny, traktuje to jako sprawę swojego sumienia i jako wyraz szacunku dla
danej osoby. Później jeszcze zdradza dwie tajemnice, które na pewno odbiją się mocnym echem w środowiskach protestanckiej Irlandii Północnej: „Bywałem już w kaplicach rzymsko-katolickich z różnych okazji, ale nigdy na nabożeństwie. Mam poza tym wielu, być może zaskakująco wielu, przyjaciół, którzy są katolikami”.

Ostatnio nawet Robinson został sfotografowany w katolickim kościele w Belfaście. Jednak nie ma tu żadnej sensacji – przynajmniej z powiedzmy racjonalnego punktu widzenia: Robinson oprowadzał po kościele Św. Malachiasza w Belfaście księcia Karola i pokazywał mu postęp prac konserwatorskich w tej zabytkowej świątyni w centrum Belfastu. Wtedy to już Robinson mówił o nowej erze w Irlandii Północnej. Z jednej strony stawianie takich tez przy takich zdarzeniach może nawet szokować lub budzić lekie rozbawienie, z drugiej strony należy jednak pamiętać o tym, że piętnaście lat temu taka wizytapo prostu fizycznie nie byłaby możliwa bez udziału wojska.

Do dzisiaj zresztą religijne podziały są bardzo głębokie. Członkowie Orange Order, konserwatywnej protestanckiej organizacji, mają wyraźny zakaz i mogą być ukarani przez swych przełożonych za udział w katolickich cere,moniach. Robinson nie jest jednak członkiem OO, nie należy też do żadnego kościoła., chociaż – jak donoszą media – uczęszcza na nabożeństwa w ewangelicznym „mega-kościele” Metropolitan Tabernacle – w którym, co jest też tematem na inną opowieść prowadzone są wielkie nabożeństwa niemal na wzór amerykańskich kaznodziejów.

Opisujący całą sprawę z należytą estymą dziennik „Belfast Telegraph” nie byłby sobą, gdyby przy okazji nie wetknął małej szpileczki republikanom, pytając kiedy to Martin McGuinness, lider nacjonalistycznego Sinn Feinn, zdecyduje się w takim razie na uczestnictwo w w pogrzebach żołnierzy brytyjskich sił zbrojnych poległych w Afganistanie lub na spotkania z rodziną królewską - co nawet na forum tej gazety wywołało ironiczne komentarze o pomyleniu religii i osobistych przekonań z polityką.

Cała sprawa – oprócz swoistego północnoirlandzkiego folkloru, właśnie religijno-polityczno-narodowościowego – ma jednak swoje drugie dno. Oczywiście: zbliżają się wybory. DUP przegrała – a ściślej: właśnie Robinson przegrał – w swoim mateczniku, we wschodnim Belfaście fotel w parlamencie w Westminsterze. Teraz gra idzie o to, jak będzie wyglądało lokalne zgromadzenie ustawodawcze, a co za tym idzie, kto będzie pełnił funkcję premiera. Ruch unionistyczny przeżywa kryzys, społeczność katolicka według badań demograficznych jest już praktycznie równa – o ile nie liczniejsza – od społeczności protestanckiej, więc trzeba szukać głosów poza tzw. twardym elektoratem. Tam zresztą będzie niezłą „jatka” wyborcza: DUP atakowane będzie za zbytnią miękkość i uległość przez ortodoksów z Traditional Ulster Voice, a na plac gry wchodzi dodatkowo British National Party, która w zeszłym tygodniu, właśnie we wschodnim Belfaście, na podwórku Robinsona niemalże, zorganizowała pierwszy, organizacyjny meeting. Podobno cieszył się całkiem sporym zainteresowaniem.

Do maja na pewno jeszcze usłyszymy w Irlandii Północnej wiele ciekawych deklaracji. Wszak głos wyborcy wart jest mszy.

04.02.2011

Czas by zastanowić się...

nad naszymi wartościami chrześcijańskimi!

Czasem dobrze jest dla społeczeństwa, by zatrzymało się na chwilę i zastanowiło nad kierunkiem, w którym zmierza i nad swoim nastawieniem, najlepiej właśnie teraz.

Nasz rząd i prawa opierają się na słowie Bożym, jako naród, nasze moralne wartości są tożsame z moralnymi prawami zawartymi w Dziesięciu Przykazaniach.

Jednakowoż, wartości chrześcijańskie są dyskredytowane i wyszydzane, a chrześcijańskie praktyki kwestionowane.

Nadszedł czas do uważnej refleksji, czy wciąż uważamy nasze państwo za chrześcijańskie, czy jest już świeckie.


To list z gazety. Nie jest to, jakby myśleli pochopnie niektórzy, Nasz dziennik - bo przecież taki list językiem mainstreamowym oszołomstwem przecież trąca. Nie, to list z największego dziennika tutejszego, "Belfast Telegraph". W kraju, gdzie taskówkarz prycha i marszczy się, bo "masz nie taki akcent i cię nie rozumiem" z wyraźną niechęcia do obcej nacji, gdzie nie takie wyznanie doprowadziło do śmierci ponad trzech tysięcy osób, gdzie obok religinych cytatów z Biblii na murach mamy malunki zamaskowanych mężczyzn z kałachami, gdzie jeszcze niedawno przewodniczący największego kościoła był premierem, gdzie pani premierowa afiszująca się ze swoimi niedzielnymi wizytami w zborze pruje się popołudniami z 40 lat młodszym nastolatkiem, gdzie w sobotę obok stojących bezczynnie na rogach ulic dresiarzy - socjali pojawiają się głoszący Słowo uliczni kaznodzieje, gdzie miejscowy kościół katolicki musi posiłkować się desantem z obcych krajów, bo raz że nie ma powołań, a dwa że skandal ogólnoirlandzki tu równiez nie został odpowiednio rozwiązany, gdzie powiedzenie "miłuj bliźniego swego jak siebie samego" między Falls a Shankill jest raczej kiepskim żartem, takie właśnie dyskusje o wierze stanowią jeden z istotnych problemów codzienności.

Nie będę nawet udawał, że rozumiem Irlandię Północną. Ja tylko staram się o niej pisać. A o tutejszej religiności jeszcze niedługo napiszę, bo parę fajnych wątków mam w podręcznych kajetach.
Oczywiście, jeśli ktoś to w ogóle czyta :)

03.02.2011

Chłopak z Cregagh

No i kupił ktoś mieszkanie, gdzie dorastał George Best. Poszedł za niecałe 100 tysięcy, chociaż ponad dwa lata temu wystawiono go na sprzedaż za 165 tysięcy funtów. Z punktu widzenie rynku nieruchomości, to wydaje mi się, że nawet 100k funtów to jest cokolwiek za dużo za taki domek.



Nie domek w zasadzie, ale trzypokojowe mieszkanie (tzn trzy sypialnie, salon, kuchnia, łazienki) rozłożone na dwóch poziomach w czerwonoceglanym szeregowcu z lat 50. XX wieku. Kiedyś mówiono o tym, by w tym domu urządzić muzeum George Besta. Na planach się jak na razie skończyło. Do tego jeszcze niedawno zamalowany został mural na początku Woodstock Road, mural, na którym George Best witał wjeżdżających do jego dzielnicy... Jak na piątą rocznicę śmierci (25 listopada 2005), to dość słabo z szacunkiem miejscowych do swojej legendy...

A Best mógłby być najlepszym piłkarzem w dziejach. Niestety, zmarnował talent i życie w alkoholowym nałogu. Urodził się 22 maja 1946 roku. Ojciec pracował w stoczni, matka w fabryce papierosów. Mały Georgie, chociaż wychowywał się w raczej skromnych warunkach – jego matka walczyła z chorobą alkoholową, nie miał problemów z nauką. W wieku 11 lat po zdanych egzaminach trafił do cieszącej się wysoką renomą Grosvenor High School. Tak jednak pojawił się problem. Szkolnym sportem było rugby, Georgie zaś od momentu, kiedy tylko zaczął dobrze chodzić, zaczął też kopać piłkę. Szybko więc przeniósł się do Lisnasharragh Secondary School, gdzie spotkał się ponownie z kolegami z „podstawówki” i mógł skoncentrować się na futbolu.

George obijał ceglastoczerwone ściany we wschodnim Belfaście. Mijały miesiące. Młody Best postanowił spróbować dostać się do lokalnego piłkarskiego klubu, by przekonać się , czy jego umiejętności pozwolą mu się odnaleźć w świecie zawodowego futbolu. W Glentoran Belfast usłyszał jednak od piłkarskich skautów, że jest za mały, za chudy i na piłkarza to się raczej nie nadaje. Kopał więc dalej piłkę na ulicy.

I wtedy zdarzyło się coś na kształt cudu. W Belfaście zaczął działać Bob Bishop, skaut Manchesteru United. Któregoś dnia na ulicy zobaczył niewysokiego chłopaka, który wyczyniał niesamowite sztuczki kopiąc … tenisową piłeczkę. Następnego dnia zobaczył, jak George radzi sobie z normalną futbolówką. A potem wysłał telegram do legendarnego managera „Czerwonych Diabłów” Matta Busby: „Myślę, że znalazłem Ci geniusza”. Manchester United od razu podpisał umowę z młodym Georgem.

Georgie pojechał na dwutygodniowe testy do Manchesteru. Uciekł z nich po dwóch dniach, nie mogąc wytrzymać tęsknoty za domem. Busby zdążył się jednak zorientować, że w jego ręce wpadł prawdziwy diament. Zadzwonił więc do Besta – seniora i zdołał w ten sposób przekonać George`a by wrócił na Old Trafford. Tam trafił do ciężkiej szkoły zawodowego futbolu: obok codziennych wyczerpujących treningów jego obowiązkiem było też czyszczenie butów piłkarzy z pierwszego składu. To jednak skończyło się dość szybko.

14 września 1963 roku, w wieku 17 lat George zadebiutował w podstawowej jedenastce Manchesteru United w meczu przeciwko WBA. Ponownie wyszedł na boisko 28 grudnia i wtedy też strzelił pierwszą bramkę w wygranym meczu 5-1 z Burnley. Od tego czasu grał coraz częściej w pierwszym składzie, kończąc debiutancki sezon z 26 występami i sześcioma golami. Jak na 17-latka – co najmniej imponująco.

W drugim sezonie gry w Manchestrze George mógł się już cieszyć z tytułu Mistrza Anglii. A zwycięstwo w lidze oznaczało walkę w Pucharze Mistrzów. W 1966 roku dwudziestoletni George strzelił w ćwierćfinale Pucharu Europy dwie bramki portugalskiej Benfice. Portugalska prasa ochrzciła wtedy długowłosego – cóż, Georgie podążał za modą – piłkarza mianem piątego Beatelsa. To wtedy też narodził się Best – celebryta, ale o tym później, na razie skupmy się na jego piłkarskiej karierze zanim nie zaczęła jej niszczyć właśnie ta celebrycko – imprezowa część Bestowskiego charakteru.



Sezon 1966/67 był jeszcze lepszy. United znów wygrali ligę, a u stóp Besta leżała futbolowa Europa. Man Utd rok później zdobył Puchar Europy. Gol Besta przypieczętował finałową wygraną 4-1 nad Benficą. Piłkarz został wybrany Graczem Roku w Europie oraz w lidze angielskiej. Georgie miał 22 lata, był niekwestionowanym bogiem futbolu. I wtedy zaczął się jego upadek.

Na początku przyjmowano z lekkim przymrużeniem oka lub jako oczywistość to, że młody, piekielnie zdolny i przystojny chłopak lubi się zabawić. Problem w tym, że przeskok z przaśnego, robotniczego Belfastu do świateł wielkich miast, pierwszych stron gazet, pięknych kobiet i wystawnych przyjęć okazał się dla George`a zabójczy. Charyzmatyczny, dobrze czujący się „na salonach”, szybko zyskał ogromną popularność. A jednocześnie zaczął powoli rozmieniać swój wielki talent na drobne. „Gdyby nie pił, byłby lepszy ode mnie” – powiedział kiedyś Pele.


Władze klubu z Old Trafford długo patrzyły przez palce na pozaboiskowe ekscesy Besta. Dzięki jego bramkom (w 470 występach 179 goli) klub utrzymywał się w ligowej czołówce, ale powoli miarka się przebrała. Kiedy George zniknął na kilkanaście i dni i odnalazł się na… popijawie z francuskimi rugbistami, cierpliwość władz klubu się skończyła. W wieku 27 lat, czyli w najlepszym czasie dla piłkarza, odszedł z Manchesteru. „Ciemna strona mocy” zaczynała brać górę.

W jednym z wywiadów Best opowiadał o swoim ulubionym filmie. Był to „Charlie Bubbles” z Albertem Finneyem w głównej roli. Finney gra tam bezkompromisowego, ostro pijącego pisarza, który nie może poradzić sobie ze sławą i oczekiwaniami otoczenia. Best szczególnie lubił finałową scenę, kiedy bohater wsiada do balonu, odcina linę i rozpływa się na tle błękitnego nieba. „Czysta ucieczka, odwrócenie się plecami od wszystkiego, od świata…” – mówił dziennikarzowi. Best uciekł w alkohol, a ta ucieczka zakończyła się dla niego tragicznie.

Dalsza piłkarska kariera „Chłopca z Belfastu” to lista wielu klubów, gdzie narastający alkoholizm wygrywał z jego talentem. Jewish Gold w RPA, Celtic Cork w Irlandii, Fulham w Anglii, trzy kluby w USA, Hibernians w Szkocji, na koniec kariery Bornemouth w Anglii i jeszcze australijskie Brisbane. To lista pasująca bardziej do piłkarskiego wyrobnika niż do piłkarza, który mógłby być najlepszym w dziejach. Mógłby, gdyby…



Jednym z najbardziej znanych cytatów George Besta są słowa: „Wydałem mnóstwo kasy na wódę, panienki i szybkie samochody. Resztę po prostu przepuściłem”. Zamiast piłkarskiej sławy zyskał legendę podobną do tych otaczających zmarłych młodo gwiazdorów rocka. Kiedy umarł 25 listopada 2005 roku, płakał cały Belfast. Dwa lata po śmierci magazyn GQ uznał go za jednego z 50 najbardziej stylowych mężczyzn ostatniego półwiecza. Dla wielu pozostał symbolem niezrealizowanych szans.



A zniknięcie muralu też trochę symboliczne było...

31.01.2011

Klątwa Irlandii Północnej

Irlandia Północna jest w szoku – w ciągu ostatnich dni samobójstwo popełniły tu... dzieci. Jedenastoletnia dziewczynka odebrała sobie życie w miniony czwartek, trzynastolatek zmarł w piątek. Samobójstwa młodzieży to dramatyczny problem tego kraju.

Nikt nie wie tak naprawdę, dlaczego to się dzieje. Dlaczego młodzi ludzie w Irlandii Północnej nagle przestają chcieć żyć, kiedy tak naprawdę całe życie jest jeszcze przed nimi. Irlandia Północna jest na trzecim miejscu w Europie pod względem średniej liczby samobójstw w populacji. Co niepokojące, liczba wzrasta z roku na rok. I dzieje się tak od lat. Dlaczego? O tym może spróbuję napisać na końcu.

Najpierw suche fakty. Cała Irlandia – ze szczególnym w niej miejscu Północy - ma jeden z najwyższych w całej Unii wskaźnik samobójstw młodych ludzi. Tylko w 2008 roku popełniły samobójstwo w N.I. 282 osoby. Mając na uwadze, iż populacja generalna Irlandii Północnej to niewiele więcej, niż 1,2 miliona mieszkańców dane robią się dość mroczne. Tylko podczas ostatnich wakacji w rejonie Belfastu na samobójczą śmierć zdecydowało się blisko trzydzieścioro nastolatków.

W niektórych miejscach w Belfaście jest jeszcze gorzej – według słów lidera Sinn Fein, w katolickich dzielnicach Zachodniego i Północnego Belfastu tylko w 2010 roku odebrało sobie życie 21 młodych ludzi. Młodych, to znaczy poniżej 25 roku życia. Prawie dwie trzecie zabijających się mieszkańców Irlandii Północnej to mężczyźni do 35 roku życia. - Więcej młodych ludzi ginie z własnej ręki, niż na skutek wypadków drogowych – mówił Gerry Adams w październiku 2010 na specjalnym czuwaniu poświęconym pamięci kolejnej ofierze samobójstwa. O Ardoyne pisałem „ostatnio” - to jest przy okazji jednego z ostatnich wpisów, opowiadających o lipcowych zamieszkach w tej części północnego Belfastu. To miejsce zasługuje jednak na osobną poważną opowieść. To jedno z miejsc w Belfaście, gdzie liczba samobójstw znacznie przekracza i tak wysoką lokalną średnią. Polecam wyguglanie fotocastu „Ardoyne Suicides”. Linka nie daję, bo aktualnie jest niedostępny – mam nadzieję, że zniknął z sieci tylko na czas jakiś, bo dokument jest poruszający.

Samobójstw jest coraz więcej, zwłaszcza wśród młodych mężczyzn. A teraz zaczynają zabijać się dzieci. Ciara Doherty miała 11 lat. Rodzina znalazła ją martwą w łazience w piątkowy wieczór. Dzień wcześniej koleżanka znalazła 13 letniego Martina Rooneya, chłopak zmarł po przewiezieniu do szpitala. Obydwoje mieszkali na obrzeżach zachodniego Belfastu. Ona w porządniejszej dzielnicy, on na bardziej socjalnym osiedlu. Jeśli klikniecie tutaj, i użyjecie ludka, by zobaczyć obraz ulicy przy punkcie A, zobaczycie charakterystyczną dla biedniejszych osiedli grupkę małolatów, przypatrujących się obcym – a samochód wujka G. wygląda zaiste jak pojazd obcych. Być może jedna z postaci z zamazanymi twarzami to właśnie Marty?...

Dorośli są przerażeni. Nikt nie wie, dlaczego tak się stało. Podobno Ciara była zastraszana w szkole, sąsiedzi opisują, że była mała, cicha, spokojna i nie wyglądała nawet na swój wiek.

W piątek skończyła ze sobą również 31-letnia Karen Cromie. Sportowiec, uczestnik Igrzysk Paraolimpijskich, była w kadrze Wielkiej Brytanii na wioślarskie zawody w 2012 roku w Londynie. Z jej biografii wynika, że zdawała się być pełna życia i planów. Tymczasem już raz próbowała skoczyć z wiaduktu nad autostradą z Bangor do Belfastu (dla miejscowych: tam gdzie się wjeżdża do Ikei, leżą kwiaty u góry), raz udało się ją powstrzymać, w piątek mimo pracy policyjnego negocjatora – skoczyła... W piątek zabił się też 20-latek w północnym Belfaście...

Wygląda to na klątwę, która toczy Irlandię Północną. Jakby teraz, już ponad dekadę po zakończeniu konfliktu coś wciąż domagało się krwi i cierpienia. Jakby to miejsce było przeklęte. Można wyśmiać trochę taki mistycyzm, ale już kiedyś tu wspomniałem, że Irlandia jest pełna duchów... Bardziej naukowo – to nieszczęsna szerokość geograficzna z długimi wieczorami i małą ilością słońca, deszcze, wiatry i depresyjny klimat. Do tego brak perspektyw dla młodych ludzi, którzy mają marne szanse wyrwania się z piekiełka socjalnych osiedli. Do tego swoisty kodeks egzekwowany przez „silnorękich” na takich osiedlach – pobicia przez ugrupowania paramilitarne są właśnie jedną z głównych przyczyn samobójstw młodych mężczyzn, problemy z narkotykami i alkoholem, brak zajęć, pracy, co daje kolejny brak perspektyw...



Ale dlaczego zabijają się dzieci? Dlaczego zabija się młody chłopak, który zaczyna właśnie obiecującą karierę bokserską? Dlaczego zabijają się młodzi ludzie z może nie za bogatych, ale „normalnych”, spokojnie żyjących rodzin bez większych zdawałoby się problemów. Tego w Irlandii Północnej nikt nie wie.

30.01.2011

Wokół rocznicy Krwawej Niedzieli...

Dzisiaj mija 39 lat od Krwawej Niedzieli. I to pierwsza rocznica, podczas której rodziny ofiar mogły przejść trasą, pokonaną przed laty przez uczestników pokojowego marszu rozstrzelanego przez brytyjskich komandosów z poczuciem jakiejś dziejowej sprawiedliwości. Kilka miesięcy temu zakończyło się dochodzenie Lorda Saville w sprawie przyczyn i przebiegu Krwawej Niedzieli. Swego czasu wspominałem o tym na tym blogu, niedługo postaram się w ramach uzupełnień szerzej napisać o całym postępowaniu, jego wynikach i wielu kontrowersjach temu towarzyszących. Ważne jest jedno: państwo brytyjskie przyznało oficjalnie, że akcja komandosów była NIEPRAWNA I NIEUPRAWNIONA. Premier Wielkiej Brytanii powiedział w Izbie Gmin: Przepraszamy. Życia to oczywiście nikomu nie wróci, ale na pewno było to wielki symbol zmian.

Ale oczywiście nie ma tak, że od razu jest kolorowo i dobrze. Ogłoszenie wyników postępowania i przeprosiny rządu nie spodobały się przedstawicielom unionistycznej części mieszkańców tej części wyspy. Zaczęły się podnosić głosy, że skoro wydane zostały grube miliony na to postępowanie, to należy teraz przeprowadzić kolejne dochodzenia mające wyjaśnić okoliczności masakr dokonanych przez IRA. Bloody Friday w 1972 roku w Belfaście (9 zabitych, 130 rannych), 21 zabitych w ataku bombowym w Birmingham w 1974 roku, 10 protestanckich robotników rozstrzelanych na poboczu drogi w południowym Armagh w 1976 roku... - to tylko kilka z brzegu przykładów. Rozumiejąc jednak ból rodzin ofiar trudno się oprzeć wrażeniu, że część z probrytyjskich polityków nie rozumie – albo udaje, że nie rozumie – istoty sprawy: wtedy w Derry z jednej strony byli uczestnicy pokojowego protestu, a z drugiej strony siły zbrojne państwa. W przypadku IRA sprawcami była organizacja zbrojna za którą nie stało państwo.

Marsz w Derry miał być w tym roku ostatnim. Część rodzin zdecydowała, że po zamknięciu dochodzenia Saville`a taka forma demonstrowania pamięci ofiar nie będzie już konieczna. Za rok jednak 40 rocznica. Nie zdaje mi się, by wszyscy zgodzili się na to, by nie iść już trasą, którą przed 39 laty przerwały strzały brytyjskich Para, by poprzestać tylko na nabożeństwie i składaniu kwiatów. Zresztą – zobaczymy za rok...

Tymczasem w okolicach życie toczy się „po staremu”. Nie dalej jak pod koniec zeszłego tygodnia przez ponad dwie doby jedna z głownych arterii północnego Belfastu – Antrim Road – sparaliżowana była z powodu alarmu bombowego. Z reguły takie sprawy załatwiane są dość szybko, tu jednak, jak się okazało, sprawa była poważniejsza. Najpierw poszedł sygnał o samochodzie – pułapce. Nie do końca jasno określono, gdzie stoi „niespodzianka”. Policja znalazła podejrzane auto, zaczęła je badać, ale w tym czasie doszła kolejna informacja – że to jest właśnie pułapka na służby bezpieczeństwa: kiedy saperzy i policjanci badaliby podejrzane auto, odpalany miał zostać drugi ładunek, znajdujący się w bezpośredniej odległości. Podobno ładunek nie został odpalony, bo przy policjantach stała kobieta z katolickiej dzielnicy Ardoyne... Lokalna prasa twierdzi, że za wszystkim stoją członkowie Oglaigh nahEireann, ugrupowania paramilitarnego uważającego Sinn Fein za zdrajców sprawy irlandzkiej. Kierownictwo ONH udzieliło jakiś czas temu wywiadu reporterowi „Belfast Telegraph”. Wynika z niego, że uważają się za „armię ludową”, i stawiają sobie za ostateczny cel demokratyczno – socjalistyczną republikę 32 hrabstw. „Brits out is simply not good enough”(...) Można z jednej strony pokręcić głową słysząc o demokratyczno - socjalistycznej republice. Jednak pisałem już tu parę razy, że ruch nacjonalistyczny w Irlandii Północnej od zawsze mniej lub bardziej skręcał w lewą stronę. Przy kryzysie, który pogruchotał Irlandię bardzo mocno i który również tutaj daje się we znaki – a co będzie po kwietniu, kiedy w życie zaczną wchodzić wszelkie budżetowe cięcia, to można się tylko zastanawiać – poglądy lewicowe również rosną w siłę: wszak gdyby nie pazerni bankierzy i krwawi kapitaliści, to już niedługo, niedługo Irlandia byłaby zjednoczona pod trójkolorowym sztandarem „celtyckiego tygrysa”... - tak myślało na pewno wielu. Tymczasem jest jak jest. A jak będzie w 2011 – zobaczymy. W maju są lokalne wybory, po nich może na przykład dojść do sytuacji, że premierem po raz pierwszy w dziejach zostanie ktoś z Sinn Fein. Na samą myśl o tym unioniści budzą się z krzykiem. Pytanie jednak, czy Sinn Fein samo chciałoby przejść z wygodnej roli bycia niby u władzy (wicepremier McGuinness), ale jednak też trochę w opozycji (bo wiadomo, jest jak jest, ale Brytyjczycy to nie są nasi...). Gdyby do tego doszło, to byłby moment na prawdę historyczny.

Poczekajmy zresztą do maja. Kontynuując wątek pt. "tymczasem w okolicach" - tymczasem w okolicach Lurgan w sobotnią noc doszło do tradycyjnych zabaw ulicznych. Ktoś zadzwonił, że na ulicy jest bomba, przyjechała policja, przywitana przez okolicznych młodych ludzi kamieniami, butelkami z benzyną i tego typu utensyliami. Sześć samochodów lekko uszkodzonych. Czyli jak na tutejsze warunki - zupełny lajcik. Bo jeszcze zimno jest w nocy, przyjdzie wiosna, zaczną się zabawy całonocne...

25.01.2011

Kilka słów od miejscowego...

FRANKIE GALLAGHER – jeden z najważniejszych lojalistycznych polityków w Irlandii Północnej, nie będący jednak bezpośrednio zaangażowany w bieżącą działalność rządową. Jeden z liderów Ulster Political Research Group (UPRG), będącej polityczną nadbudową Ulster Defence Association. Gallagher bardziej niż z politycznych salonów znany jest z wieloletniej pracy jako pracownik społeczny – community worker. Jako rzecznik UPRG to właśnie on oficjalnie ogłosił w 2003 roku zawieszenie broni przez UDA. W 2004 roku uczestniczył w historycznym spotkaniu przywódców lojalistycznych organizacji z premierem Republiki Irlandii.
Znany jest z twardej walki z problemem narkotyków i przestępczości w społeczności lojalistycznej. Zaangażowany jest też w projekty umożliwiające powrót do normalnego życia w społeczeństwie byłym więźniom – członkom organizacji paramilitarnych z obu stron konfliktu. Ostatnio, w ramach projektu Charter for Northern Ireland działa m.in. na rzecz integracji środowiska emigrantów żyjących we wschodnim Belfaście – w przeważającej części Polaków – z miejscowymi.



- Urodziłem się w Belfaście. Wychowałem się na Newtownards Road, w rejonie, gdzie dzisiaj znajduje się Freedom Corner. Wtedy to była moja część ulicy. Byłem jednym z dwanaściorga rodzeństwa. Dwoje z nich zmarło w wieku kilku lat, dziesięcioro nas przeżyło. Teraz też mam liczną rodzinę – sześcioro dzieci, dwie wnuczki. Można powiedzieć, że jestem „family man”.

- Moje dzieciństwo nie było łatwe. Moja rodzina była biedna. Nie było nas stać na dużo rzeczy, nie mieliśmy nigdy dużo jedzenia. Wychowywaliśmy się w małym ciasnym domku, z dwiema sypialniami i kuchnią. Było ciężko. Od dziecka pamiętam, że zawsze w Belfaście byli i protestanci i katolicy. Ale wtedy ludzie nie byli tak podzieleni, jak jest to teraz. Wszyscy byli ciężko pracującymi ludźmi, twardymi, nie bojącymi się walki czy rywalizacji. Ludzie ze wschodniego Belfastu nie przepadali za tymi z zachodniego, ale nie był to niechęć protestanta do katolika, nie było to żadne sekciarstwo. Jedna dzielnica nie lubiła drugiej, jak w każdym mieście. Pamiętam jako chłopiec, jak do portu przypływało dużo okrętów Royal Navy. W okolicach doków można było spotkać wielu marynarzy. Pamiętam, że to było dobre chwile, radosne czasy. Nie było kłopotów, nie było „Troubles”. Zresztą, jak byłem chłopcem to nawet nie wiedziałem co to znaczy rzymski katolik i kto to jest.

- Dla mnie konflikt rozpoczął się w 1970 roku. Miałem wtedy dwanaście lat. Pamiętam, jak chodziliśmy wtedy z kolegami na koniec Newtownards Road. Kręciliśmy się wokół pubów, czasem udało się nam dostać kilka pensów, kiedy uzbierało się trochę pieniędzy, szliśmy do chip-shopu po jedzenie. Któregoś wieczoru byliśmy koło pubu, kiedy zobaczyłem błękitne błyski i usłyszałem huk dobiegający od strony katolickiego kościoła św. Mateusza. Uświadomiłem sobie, że ktoś strzela, ktoś strzela z karabinu maszynowego. Strzelano na drugą stronę ulicy, w mężczyzn, którzy stali przed pubem. Ktoś kazał nam uciekać do domów, a rano dowiedzieliśmy się, że zabito dwóch ludzi, rannych zostało chyba dwadzieścia siedem osób. To był początek ataków IRA na protestancką społeczność. To był tez początek konfliktu dla mnie osobiście. Znałem jedną rodzinę, która wtedy kogoś straciła. A potem zaczęło się coś, co nazywało się „wet za wet” - postrzelenia i zabójstwa. Kiedy ktoś zabił kogoś z jednej społeczności, w odwecie zabijano kogoś z drugiej i potem znowu - „tit for tat”, wet za wet... Pamiętam, że to było przerażające...

- To były straszne czasy. Przypominam sobie, jak czas, kiedy do Belfastu wkroczyło brytyjskie wojsko. Wtedy rozpoczęły się masowe przeprowadzki protestantów i katolików. Ludzie opuszczali swe domy, by przenieść się tam, gdzie żyli ludzie z ich religii. Katolicy zaczęli mieszkać razem, protestanci tak samo. Wtedy zaczęły się najgłębsze podziały. Armia przyszła, by chronić katolicką społeczność, pamiętam jak mieszkańcy katolickiej dzielnicy przygotowywali im kawę i herbatę, jak częstowali żołnierzy. Ale też pamiętam, jak jeden wojskowy posterunek został wysadzony w powietrze. Kiedy zacząłem dorastać, gdzieś między 1972 a 1974 rokiem, byłem świadkiem śmierci pięciu moich bliskich kolegów. Ginęli tuż obok mnie. Ginęli zastrzeleni przez brytyjską armię. Nie zginęli zabici przez IRA albo przez kogoś innego. Pamiętam też uliczne starcia z żołnierzami, kiedy cała społeczność dzielnicy wyległa na ulice. Tysiące ludzi, setki żołnierzy, walka na pałki, strzały... To jak rozwijał się konflikt, było dla mnie szokiem. Tak jak to, że walczymy z brytyjską armią, która uważałem za swoją armię... To były naprawdę ciężkie czasy.

- Jedna rzecz była dla mnie zawsze dość niezrozumiała. Niektórzy myślą, że skoro uważam się za Brytyjczyka z Irlandii Północnej, to na pewno moja historia, historia moje rodziny tutaj nie jest długa. Tymczasem nie jest to prawda. Byliśmy tu wcześniej niż od czasów Plantacji. Moja rodzina i nasza społeczność jest tutaj od dwóch tysięcy lat, jesteśmy częścią celtyckiego narodu. Ludzie na całym świecie mają trochę zaburzony obraz tego, co się tutaj działo. Historia nigdy nie jest prosta, a tutaj jest wyjątkowo skomplikowana.

- Kiedy konflikt zaczął narastać, moja protestancka społeczność zaczęła się organizować, by się bronić. By walczyć z IRA. Tak zaczęło się rozwijać Ulster Defence Organisation. Ale znowu, im bardziej UDA atakowało IRA, tam mocniej odpowiadała IRA. I odwrotnie. Nikt nie myślał o przyszłości. Kiedy przemoc goniła przemoc, to nie było mozliwości rozmowy, znalezienia drogi do pokoju. Kiedy ktoś próbował znaleźć rozwiązanie, szukał pokojowej drogi, to często był specjalnie zabijany. Tylko po to by nie było dialogu. Nikt nie myślał o pokoju, o przyszłości, myśleliśmy tylko o tym, by przeżyć.

- Wierzę że to miejsce będzie w przyszłości o wiele lepszym miejscem dla naszych dzieci. Jedną z dziwnych rzeczy w konflikcie jest to, że jest on prosty. Czujesz się bezpieczny swoim środowisku. Wiesz gdzie jest twój wróg i kim jest twój wróg. Ty jesteś tu, wróg jest tam. Wszystko jest jasne. Konflikt się skończył, większość przemocy się skończyła. Ale okazuje się, że pokój jest bardzo trudny. Niebezpieczeństwa pojawiają się gdzie indziej, nie wiesz, kto może okazać się twym wrogiem. Mam przyjaciela, to jeden z przywódców organizacji paramilitarnych. Wspierał mnie i wspiera przez cały czas procesu pokojowego, ale kiedyś powiedział mi: „Frankie, ten pokój mnie wykończy...”.

- Część ludzi nie wie jak przestać, część ludzi chce wciąż walczyć. Pracując dla mojej społeczność w UPRG od 2000 roku spędziłem dużo czasu zajmując się ludźmi, którzy chcieli walczyć dla samej walki. Nie mieli żadnej idei, nie chcieli walczyć dla chwały, za sprawę. Dla nich walka była jedynym sensem w życiu. Nie znali niczego innego. Wielu też zostało wciągniętych w działalność przestępczą. Doszło do sytuacji, że ludzie z organizacji paramilitarnych, poprzez swoją pozycję w społeczności zaczęli robić pieniądze. Byli postrzegani jako ważni, jako „twardziele”, jako „big guys”. Praca z tym wszystkim była bardzo ciężka. Grożono nam śmiercią, wiele razy. My jednak pracowaliśmy nad tymi ludźmi. Pokój wymaga wielkiego wysiłku, o wiele większego niż wojna. Ale też przynosi o wiele więcej. Teraz budujemy wspólną przyszłość dla naszych dzieci.

- Nie nazwałbym tego procesu cudem. To było błogosławieństwo. Ale też wymagało wiele, wiele, wiele ciężkiej pracy, wykonanej przez wielu ludzi. Jednym z najpoważniejszych zagrożeń po zakończeniu konfliktu było to, że pojawiła się przestępczość. Tak jak w przypadku wszystkich konfliktów na całym świecie, tak było i tutaj, ten problem też dotknął moją społeczność. Kiedy skończyła się przemoc, kiedy zapanował pokój, zaczęli też tu przyjeżdżać ludzie z innych krajów, zaczęli się osiedlać. I to była kolejna sprawa, z która musieliśmy sobie poradzić. Bo przez lata członkowie mojej społeczności żyli w strachu przed Irlandczykami. Bali się, że chcą oni wyrzucić ich z ich domów, pozbawić ich ziemi, zabrać ich tożsamość. Kiedy zaczęli przyjeżdżać tu obcokrajowcy, niektórzy zaczęli się bać tego samego. Strach przed IRA został zastąpiony strachem przed imigrantami zarobkowymi. Te czasy również przyniosły nam nowe wyzwania. Przecież wielu ludzi tutaj w życiu nie widziało kogoś o innym kolorze skóry, czy nie rozmawiało z kimś, dla kogo angielski nie jest pierwszym językiem. To była dla nich nowość. Ostatnio zaczęliśmy opowiadać ludziom z naszej społeczności o tym, jak Polacy walczyli podczas II wojny światowej. O tym, że walczyli w siłach lotniczych w Bitwie o Anglię, o słynnym dywizjonie 303. I podczas Remebrance Sunday wspominaliśmy też o polskich żołnierzach, którzy zginęli walcząc po naszej stronie i spoczywają w naszym kraju. Będziemy też prowadzili warsztaty. Już teraz widzimy, że odzew wśród naszej społeczności jest bardzo dobry. Brytyjczycy cenią , gdy ktoś walczy w obronie ich społeczności przeciw tyranii. Ta wspólna sprawa pomoże na pewno nawiązać więzi między lokalną społecznością a Polakami. Opowieść o ludziach, którzy tysiące kilometrów od swoich domów walczyli i ginęli ramię w ramię z naszymi dziadkami będzie moim zdaniem punktem, od którego zacznie się budowanie prawdziwych więzi, zgody między naszymi społecznościami.