Szybki wpis jeszcze a propos podróżowania. Brytyjczycy ostatnio się trochę martwią, bo liczba śmiertelnych wypadków podskoczyła im o jakiś ułamek procenta - co i tak nie zmienia faktu, że drogi UK są jednymi z najbezpieczniejszych w Europie. Starają się więc jakoś z tym walczyć, chociaż na przykład nie zmniejszyli limitu dopuszczalnego poziomu alkoholu we krwi (wciąż jest to 0,8 promila), uważając że lekko podchmieleni kierowcy są o wiele mniejszym zagrożeniem niż mocno napici, a w ogóle największym niebezpieczeństwem jest lekkomyślna, szybka jazda.
No i bombardują społeczeństwo reklamami społecznymi. Nie ma zmiłuj - przed popularnymi programami, w przerwie meczów reprezentacji, przed serialami.
Wyobrażacie sobie, że taki klip (ostrzegam, jest mocny) w PL puszczają? Myślę, że niekiedy metoda ostrego strzału w psychikę jest jedyną chociaż częściowo skuteczną...
14.10.2008
12.10.2008
Z trasy...
Starając się podsumować moją nieobecność, trochę się poniżej rozpisałem.
Jedną z ciekawszych grup historycznych źródeł są listy lub notatki z podróży. Czytanie opowieści włoskich mieszczan z podróży do Jerozolimy we wczesnym średniowieczu lub francuskiego hrabiego podróżującego po Rosji w XVIII wieku to niezła zabawa...
Kiedyś podróżujący mieli więcej czasu, by przyjrzeć się mijanej okolicy. Dzisiaj tanie linie lotnicze, autostrady, pociągi pozwalają nam tylko na migawkowe spojrzenia (ja wiem, że to wszystko straszne banały, no ale jakieś wprowadzenie chcę zrobić...). Podróż robi się "zunifikowana". To pomaga, bo przecież nie gubimy się dzięki ogólnie przyjętym znakom informacyjnym na dworcach czy lotniskach czy ulicach (oczywiście, przede wszystkim w tzw. zachodniej części świata); ale z drugiej strony powoduje, że wiele miejsc zlewa się w jedno.
Podróżując w dużej części porównujemy. Patrzymy jak inaczej ludzie żyją od nas. Jak inaczej wyglądają ich domy, ulice, samochody, co kupują w sklepach, jak się bawią. Ile zarabiają i jak pracują.
No i generalnie się gapimy.
A jak człowiek patrzy, i do tego zastanawia się chociaż trochę nad tym co widzi, to może się czasem nawet zapyta.
Ja w każdym razie zastanawiam się dlaczego i jeszcze jak długo droga do granicy w Świecku będzie wyglądać jak jakiś porąbany horror. TIR jadący za TIR-em, strach, że ktoś z przeciwka zdecyduje się na manewr kamikadze - wyprzedzanie. Dlaczego w naszej ojczyźnie, gdzie też już kruszynki chleba raczej z ziemi się nie podnosi przez uszanowanie dla darów nieba, budowa kilkuset kilometrów autostrad jest zadaniem przekraczającym zdolności kolejnych naszych elit władzy, przez co z mojej rodzinnej komturii do granicy z naszymi germańskimi braćmi jedzie tyle samo, jeśli nie dłużej, jak przez cały dojczland?
Dlaczego Niemcom chce się stawiać "stadami" wielkie wiatraki dające im darmowy prąd, a w naszej ojczyźnie tylko się o tym gada?
To takie dwa pytania porównujące, z początku podróży, bo potem patrzy się tylko. No ale pytania nasuwają się dalej. Dlaczego Belgowie (Beldzy?) tak się obcałowują przy powitaniu. Cmok cmok w policzki za każdy razem - obojętnie w jakiejkolwiek konfiguracji - chłopiec z chłopcem, dziewczynka z dziewczynką, dziewczynka z chłopcem, i to jeszcze wcale nie przy bliskich zażyłościach, tylko w szerokim kręgu znajomych.
Kolejne belgijskie pytanie - jakim cudem udało się w Namur wybudować tyle mostów? To pytanie oczywiście jest z tzw. drugim dnem (zainteresowanym polecam poguglać na temat wirtualnego drugiego mostu w mej komturii; po krótkim pobycie tamże i zorientowaniu się w sytuacji, doszedłem do wniosku, że to chyba jeszcze gorzej niż z autostradami, a poza tym wyszło chyba na to, że w niektórych niegdysiejszych sporach to niestety ja miałem rację (no ale to już naprawdę za daleka i zrozumiała naprawdę dla promila czytelników dygresja)).

Wracając do Namur - niewiele ponad stutysięczne miasto (ładniutkie, z potężną cytadelą rozłożona na wzgórzu górującym nad miastem) ma chyba pięć mostów. No ale nie mają takiej ładnej fontanki za milion euro, o!
No i pytanie belgijskie chyba najważniejsze - gdzie urodził się Hercules Poirot i czemu może właśnie w Yvoir?
No i kto zaprojektował dworzec w Liege? Bo chciałbym taki dworzec u siebie.

Pytań jest jeszcze mnóstwo, bo przecież czemu Belgowie słyną z czekolad i gofrów?

Czemu Holendrzy są rowerowym narodem?

I dlaczego kierownik pociągu z Brukseli do Amsterdamu jest w stanie zapowiedzieć kolejne stacja, a także ostrzec o problemach z przesiadkami spowodowanymi utrudnieniami na innej trasie w czterech różnych językach (francuski, niderlandzki, angielski i niemiecki, a przed Schiphol - podziemną stacją pod amsterdamskim lotniskiem kolosem - się nawet popisał i po hiszpańsku i włosku jeszcze dorzucił)?
Dygresje z wyjazdu się pojawią jeszcze pewnie od czasu do czasu, ale ulsterski ląd też już niedługo obrodzi kolejnym tematem.
Jedną z ciekawszych grup historycznych źródeł są listy lub notatki z podróży. Czytanie opowieści włoskich mieszczan z podróży do Jerozolimy we wczesnym średniowieczu lub francuskiego hrabiego podróżującego po Rosji w XVIII wieku to niezła zabawa...
Kiedyś podróżujący mieli więcej czasu, by przyjrzeć się mijanej okolicy. Dzisiaj tanie linie lotnicze, autostrady, pociągi pozwalają nam tylko na migawkowe spojrzenia (ja wiem, że to wszystko straszne banały, no ale jakieś wprowadzenie chcę zrobić...). Podróż robi się "zunifikowana". To pomaga, bo przecież nie gubimy się dzięki ogólnie przyjętym znakom informacyjnym na dworcach czy lotniskach czy ulicach (oczywiście, przede wszystkim w tzw. zachodniej części świata); ale z drugiej strony powoduje, że wiele miejsc zlewa się w jedno.
Podróżując w dużej części porównujemy. Patrzymy jak inaczej ludzie żyją od nas. Jak inaczej wyglądają ich domy, ulice, samochody, co kupują w sklepach, jak się bawią. Ile zarabiają i jak pracują.
No i generalnie się gapimy.
A jak człowiek patrzy, i do tego zastanawia się chociaż trochę nad tym co widzi, to może się czasem nawet zapyta.
Ja w każdym razie zastanawiam się dlaczego i jeszcze jak długo droga do granicy w Świecku będzie wyglądać jak jakiś porąbany horror. TIR jadący za TIR-em, strach, że ktoś z przeciwka zdecyduje się na manewr kamikadze - wyprzedzanie. Dlaczego w naszej ojczyźnie, gdzie też już kruszynki chleba raczej z ziemi się nie podnosi przez uszanowanie dla darów nieba, budowa kilkuset kilometrów autostrad jest zadaniem przekraczającym zdolności kolejnych naszych elit władzy, przez co z mojej rodzinnej komturii do granicy z naszymi germańskimi braćmi jedzie tyle samo, jeśli nie dłużej, jak przez cały dojczland?
Dlaczego Niemcom chce się stawiać "stadami" wielkie wiatraki dające im darmowy prąd, a w naszej ojczyźnie tylko się o tym gada?
To takie dwa pytania porównujące, z początku podróży, bo potem patrzy się tylko. No ale pytania nasuwają się dalej. Dlaczego Belgowie (Beldzy?) tak się obcałowują przy powitaniu. Cmok cmok w policzki za każdy razem - obojętnie w jakiejkolwiek konfiguracji - chłopiec z chłopcem, dziewczynka z dziewczynką, dziewczynka z chłopcem, i to jeszcze wcale nie przy bliskich zażyłościach, tylko w szerokim kręgu znajomych.
Kolejne belgijskie pytanie - jakim cudem udało się w Namur wybudować tyle mostów? To pytanie oczywiście jest z tzw. drugim dnem (zainteresowanym polecam poguglać na temat wirtualnego drugiego mostu w mej komturii; po krótkim pobycie tamże i zorientowaniu się w sytuacji, doszedłem do wniosku, że to chyba jeszcze gorzej niż z autostradami, a poza tym wyszło chyba na to, że w niektórych niegdysiejszych sporach to niestety ja miałem rację (no ale to już naprawdę za daleka i zrozumiała naprawdę dla promila czytelników dygresja)).
Wracając do Namur - niewiele ponad stutysięczne miasto (ładniutkie, z potężną cytadelą rozłożona na wzgórzu górującym nad miastem) ma chyba pięć mostów. No ale nie mają takiej ładnej fontanki za milion euro, o!
No i pytanie belgijskie chyba najważniejsze - gdzie urodził się Hercules Poirot i czemu może właśnie w Yvoir?
No i kto zaprojektował dworzec w Liege? Bo chciałbym taki dworzec u siebie.
Pytań jest jeszcze mnóstwo, bo przecież czemu Belgowie słyną z czekolad i gofrów?
Czemu Holendrzy są rowerowym narodem?
I dlaczego kierownik pociągu z Brukseli do Amsterdamu jest w stanie zapowiedzieć kolejne stacja, a także ostrzec o problemach z przesiadkami spowodowanymi utrudnieniami na innej trasie w czterech różnych językach (francuski, niderlandzki, angielski i niemiecki, a przed Schiphol - podziemną stacją pod amsterdamskim lotniskiem kolosem - się nawet popisał i po hiszpańsku i włosku jeszcze dorzucił)?
Dygresje z wyjazdu się pojawią jeszcze pewnie od czasu do czasu, ale ulsterski ląd też już niedługo obrodzi kolejnym tematem.
5.10.2008
Wznowienie w tercji neutralnej
Powróciłem na ulsterski ląd. Wrażenia z wyjazdu zamieszczę wnet - bowiem podróże kształcą, jak mawiają górale - teraz zaś krótka historia z ulsterskiej historii.
O marszu w Derry - Londonderry to będzie, bo 40 rocznica tego wydarzenia właśnie dzisiaj przypada.
Czterdzieści lat temu bowiem na ulicach Londonderry policja brutalnie rozpędziła pokojową demonstrację żądająca przestrzegania praw człowieka. Tak zaczęły się „The Troubles” - „Kłopoty” - tak dość łagodnie nazwana wojna domowa w Irlandii Północnej.
Rok 1968 był dziwnym rokiem – niepokoje i protesty przetaczały się przez cały świat. W Polsce mieliśmy Marzec – intrygujące podobieństwo czasowe zakrętów historycznych Polski i Irlandii zasługuje na odrębną opowieść (bo oprócz `68 mieliśmy i inne podobnie umiejscowione w czasie), we Francji w maju `68 wydawało się już, że wybuchła kolejna, studencko – robotnicza rewolucja. W Czechach wybucha Praska Wiosna, zduszona później interwencją wojsk Układu Warszawskiego. W Stanach Zjednoczonych rodzi się i rośnie w siłę Amerykański Ruch Praw Obywatelskich, walczący o równouprawnienie białej i kolorowej ludności, rodzi się też ruch Black Power, a tylko niewiele brakuje do ogólnokrajowych zamieszek, kiedy od kul zamachowca ginie Martin Luther King. W Meksyku dziesięć dni przed rozpoczęciem Igrzysk Olimpijskich policja masakruje protestujących studentów...
To naprawdę był ciekawy rok. A w Irlandii Północnej, w której napięcie narastało od lat – a nawet od wieków, bo początki konfliktu datować można nawet na wczesne średniowiecze, na stos wzajemnej wrogości padła iskra, która rozpaliła konflikt. Konflikt, który zabrał przez trzy dekady życie ponad trzem tysiącom ludzi.
5.10.1968
To była w miarę pogodna październikowa sobota. Kilkusetosobowa grupa demonstrantów szła przez ulice Londonderry (katolikom i republikanom ta nazwa nawet nie przechodzi przez gardło – dla nich to miasto nazywa się Derry) protestując przeciwko dyskryminacji katolickiej części społeczności.
Pokojowy przemarsz zakończył się na potrójnym policyjnym kordonie w zasadzie jeszcze nim na dobre się zaczął. Demonstranci chcieli wejść na Duke Street, tą zaś ulicę zamknął dla przemarszu minister spraw wewnętrznych Irlandii Północnej William Craig. Policja wezwała demonstrantów do rozejścia się, a po chwili w ruch poszły pałki i armatki wodne. Demonstranci zaszokowani byli brutalnością i bezwzględnością policji. Ponad trzydzieści osób zostało rannych, w tym wiele kobiet oraz dzieci. Policyjne pałki rozbiły też głowę posła do angielskiego i północnoirlandzkiego parlamentu Gerry`ego Fitta. Polityk mówił potem, że policjanci zachowywali się jak żołnierze na froncie... Przez dwa następne dni w mieście toczyły się zamieszki. Policjanci pacyfikowali wszelkie zgromadzenia, demonstranci obrzucali funkcjonariuszy butelkami z benzyną. Jednak nikt chyba wtedy nie przypuszczał, że właśnie zostały uwolnione z klatki demony...
Preludium
Kilkanaście miesięcy wcześniej – na fali przebiegające przez cały świat ducha zmian – powstało Stowarzyszenie Praw Obywatelskich w Irlandii Północnej (NICRA). Głównym punktem programu była postulowana reforma wyborów samorządowych. Dotąd obowiązywał dość dziwny system, w którym głosować mogli jedynie właściciele lub najemcy domów – stąd w zasadzie na jedno gospodarstwo domowe przypadał jeden głos. Członkowie NICRA chcieli wprowadzenia zasady „jeden człowiek – jeden głos” - wtedy również katolicka część społeczności miałaby większy wpływ na lokalne władze.
Z tym był od lat problem – bo mimo tego, że w Derry podział na społeczność katolicką (republikańską) oraz protestancką (lojalistyczną) był mniej więcej równy, a nawet z lekką przewagą katolików – to we władzach karty rozgrywali protestanci. Oni decydowali między innymi o rozdziale mieszkań komunalnych. Stąd katolicy musieli żyć często w o wiele gorszych warunkach niż protestanci – jeśli w ogóle dostawali mieszkanie. Przykładem może być chociażby sytuacja, kiedy 19-letnia sekretarka jednego z lokalnych lojalistycznych polityków dostała mieszkania przed wielodzietną katolicką rodziną. Z podobnymi przykładami nierównego traktowania katolicy spotykali się również na przykład przy zatrudnianiu w publicznym sektorze.
Członkowie NICRA próbowali różnych akcji protestacyjnych, okupowali mieszkania przyznawane protestantom „poza kolejnością” - i byli stamtąd brutalnie wyrzucani przez policję i unionistyczne paramilitarne bojówki, w końcu zdecydowali się na przeprowadzenie marszu protestacyjnego przez centrum Derry...
Pokłosie
Brutalna akcja policji została sfilmowana przez telewizyjne ekipy i pokazana na całym świecie. Największe oburzenie wywołała oczywiście w Republice Irlandii – a także wśród katolickich mieszkańców Ulsteru, a oliwy do ognia dodały wypowiedzi ministra Wiliama Craiga, który twierdził, że policja postąpiła prawidłowo, a o samych demonstrantach mówił pogardliwie i lekceważąco. Po dwóch dniach w Londonderry zrobiło się spokojniej, ale wrzenie przeniosło się do Belfastu. Tam ponad dwa tysiące studentów usiłowało przemaszerować pod Ratusz, ale na ich drodze stanęła lojalistyczna kontrdemonstracja. Pęknięcie w ulsterskim społeczeństwie robiło się coraz wyraźniejsze. Do głosu zaczęły dochodzić ekstremistyczne ugrupowania, na ulicach północnoirlandzkich miast i miasteczek pojawiły się oddziały brytyjskiej armii. Reformy, które próbował podjąć rząd, okazały się spóźnione. Cztery lata później, podczas kolejnej pokojowej demonstracji w Derry – marsz zorganizowaniu przeciw prawu pozwalającemu zatrzymać i internować każdego Irlandczyka podejrzewanego o terroryzm, oddziały brytyjskich spadochroniarzy otworzyły ogień do protestujących. Zginęło czternaście osób. „Krwawa niedziela” na wiele lat zamknęła możliwość jakiekolwiek dialogu. Ulster zaczął spływać krwią.
A co tytułu. Belfast Giants prowadzą w hokejowej ekstraklasie UK. W najbliższych dniach mam zamiar zobaczyć na żywo, czy tutejsi ślizgacze z kijkami już przeskoczyli w poziomie naszych lodowych orzełów (obawiam się, że tak...)
O marszu w Derry - Londonderry to będzie, bo 40 rocznica tego wydarzenia właśnie dzisiaj przypada.
Czterdzieści lat temu bowiem na ulicach Londonderry policja brutalnie rozpędziła pokojową demonstrację żądająca przestrzegania praw człowieka. Tak zaczęły się „The Troubles” - „Kłopoty” - tak dość łagodnie nazwana wojna domowa w Irlandii Północnej.
Rok 1968 był dziwnym rokiem – niepokoje i protesty przetaczały się przez cały świat. W Polsce mieliśmy Marzec – intrygujące podobieństwo czasowe zakrętów historycznych Polski i Irlandii zasługuje na odrębną opowieść (bo oprócz `68 mieliśmy i inne podobnie umiejscowione w czasie), we Francji w maju `68 wydawało się już, że wybuchła kolejna, studencko – robotnicza rewolucja. W Czechach wybucha Praska Wiosna, zduszona później interwencją wojsk Układu Warszawskiego. W Stanach Zjednoczonych rodzi się i rośnie w siłę Amerykański Ruch Praw Obywatelskich, walczący o równouprawnienie białej i kolorowej ludności, rodzi się też ruch Black Power, a tylko niewiele brakuje do ogólnokrajowych zamieszek, kiedy od kul zamachowca ginie Martin Luther King. W Meksyku dziesięć dni przed rozpoczęciem Igrzysk Olimpijskich policja masakruje protestujących studentów...
To naprawdę był ciekawy rok. A w Irlandii Północnej, w której napięcie narastało od lat – a nawet od wieków, bo początki konfliktu datować można nawet na wczesne średniowiecze, na stos wzajemnej wrogości padła iskra, która rozpaliła konflikt. Konflikt, który zabrał przez trzy dekady życie ponad trzem tysiącom ludzi.
5.10.1968
To była w miarę pogodna październikowa sobota. Kilkusetosobowa grupa demonstrantów szła przez ulice Londonderry (katolikom i republikanom ta nazwa nawet nie przechodzi przez gardło – dla nich to miasto nazywa się Derry) protestując przeciwko dyskryminacji katolickiej części społeczności.
Pokojowy przemarsz zakończył się na potrójnym policyjnym kordonie w zasadzie jeszcze nim na dobre się zaczął. Demonstranci chcieli wejść na Duke Street, tą zaś ulicę zamknął dla przemarszu minister spraw wewnętrznych Irlandii Północnej William Craig. Policja wezwała demonstrantów do rozejścia się, a po chwili w ruch poszły pałki i armatki wodne. Demonstranci zaszokowani byli brutalnością i bezwzględnością policji. Ponad trzydzieści osób zostało rannych, w tym wiele kobiet oraz dzieci. Policyjne pałki rozbiły też głowę posła do angielskiego i północnoirlandzkiego parlamentu Gerry`ego Fitta. Polityk mówił potem, że policjanci zachowywali się jak żołnierze na froncie... Przez dwa następne dni w mieście toczyły się zamieszki. Policjanci pacyfikowali wszelkie zgromadzenia, demonstranci obrzucali funkcjonariuszy butelkami z benzyną. Jednak nikt chyba wtedy nie przypuszczał, że właśnie zostały uwolnione z klatki demony...
Preludium
Kilkanaście miesięcy wcześniej – na fali przebiegające przez cały świat ducha zmian – powstało Stowarzyszenie Praw Obywatelskich w Irlandii Północnej (NICRA). Głównym punktem programu była postulowana reforma wyborów samorządowych. Dotąd obowiązywał dość dziwny system, w którym głosować mogli jedynie właściciele lub najemcy domów – stąd w zasadzie na jedno gospodarstwo domowe przypadał jeden głos. Członkowie NICRA chcieli wprowadzenia zasady „jeden człowiek – jeden głos” - wtedy również katolicka część społeczności miałaby większy wpływ na lokalne władze.
Z tym był od lat problem – bo mimo tego, że w Derry podział na społeczność katolicką (republikańską) oraz protestancką (lojalistyczną) był mniej więcej równy, a nawet z lekką przewagą katolików – to we władzach karty rozgrywali protestanci. Oni decydowali między innymi o rozdziale mieszkań komunalnych. Stąd katolicy musieli żyć często w o wiele gorszych warunkach niż protestanci – jeśli w ogóle dostawali mieszkanie. Przykładem może być chociażby sytuacja, kiedy 19-letnia sekretarka jednego z lokalnych lojalistycznych polityków dostała mieszkania przed wielodzietną katolicką rodziną. Z podobnymi przykładami nierównego traktowania katolicy spotykali się również na przykład przy zatrudnianiu w publicznym sektorze.
Członkowie NICRA próbowali różnych akcji protestacyjnych, okupowali mieszkania przyznawane protestantom „poza kolejnością” - i byli stamtąd brutalnie wyrzucani przez policję i unionistyczne paramilitarne bojówki, w końcu zdecydowali się na przeprowadzenie marszu protestacyjnego przez centrum Derry...
Pokłosie
Brutalna akcja policji została sfilmowana przez telewizyjne ekipy i pokazana na całym świecie. Największe oburzenie wywołała oczywiście w Republice Irlandii – a także wśród katolickich mieszkańców Ulsteru, a oliwy do ognia dodały wypowiedzi ministra Wiliama Craiga, który twierdził, że policja postąpiła prawidłowo, a o samych demonstrantach mówił pogardliwie i lekceważąco. Po dwóch dniach w Londonderry zrobiło się spokojniej, ale wrzenie przeniosło się do Belfastu. Tam ponad dwa tysiące studentów usiłowało przemaszerować pod Ratusz, ale na ich drodze stanęła lojalistyczna kontrdemonstracja. Pęknięcie w ulsterskim społeczeństwie robiło się coraz wyraźniejsze. Do głosu zaczęły dochodzić ekstremistyczne ugrupowania, na ulicach północnoirlandzkich miast i miasteczek pojawiły się oddziały brytyjskiej armii. Reformy, które próbował podjąć rząd, okazały się spóźnione. Cztery lata później, podczas kolejnej pokojowej demonstracji w Derry – marsz zorganizowaniu przeciw prawu pozwalającemu zatrzymać i internować każdego Irlandczyka podejrzewanego o terroryzm, oddziały brytyjskich spadochroniarzy otworzyły ogień do protestujących. Zginęło czternaście osób. „Krwawa niedziela” na wiele lat zamknęła możliwość jakiekolwiek dialogu. Ulster zaczął spływać krwią.
A co tytułu. Belfast Giants prowadzą w hokejowej ekstraklasie UK. W najbliższych dniach mam zamiar zobaczyć na żywo, czy tutejsi ślizgacze z kijkami już przeskoczyli w poziomie naszych lodowych orzełów (obawiam się, że tak...)
Subskrybuj:
Posty (Atom)