23.01.2012

Aktualizator: Duffy niewinny, a w szpitalu zaraza

Na chwilkę wychodzimy z szafy ze starymi gazetami, bowiem w Ukochanym Kraju Pana Boga (cały czas zastanawiam się, gdzie znalazłem to cudne określenie Irlandii Północnej - zdaje mi się, że pochodzi z rewelacyjnej "Ulicy Marzycieli", ale ręki nie dam. Jakbym wyglądał bez ręki...) trochę się ostatnio wydarzyło.

Przede wszystkim skończył się proces dwóch hardcorowych republikanów, oskarżonych o zamach na wojskową bazę pod Antrim. Przypominam - dwóch zabitych żołnierzy, dwóch rannnych, dwóch cięzko rannych dostawców pizzy - w tym nasz rodak. Przed sądem stanęli Brain Shivers i Collin Duffy. Obydwaj z długą historią republikańskiej walki "za sprawę". No, może Duffy ze zdecydowanie dłuższą, ale po kolei. Shivers - działacz republikański kontestujący polityczne rozwiązanie, powiedzmy z drugiego szeregu - skazany został na dożywocie. Sędzia uznał, że DNA przypisane Shiversowi, znalezione na fragmencie pudełka zapałek odnalezionym przy wypalonym wraku auta użytego do zamachu, świadczy o tym, że Shivers brał udział w spisku, zamachu i usiłował zatrzeć ślady. 

Duffy zaś został uniewinniony. Ślad jego DNA znaleziono na leżącej w samochodzie lateksowej rękawiczce, ale - pisząc w skrócie - nie zdołano udowodnić, że zostawił ją po zamachu. Za dużo wątpliwości - uznał sędzia - bowiem rękawiczka mogła zostać tam zostawiona przez Duffego kiedykolwiek... Tak oto najsłynniejszy aktualnie walczący republikanin Irlandii Północnej JUŻ PO RAZ TRZECI uniewinniony został od zarzutu zamordowania brytyjskiego mundurowego. W 1995 stanął przed sądem oskarżony o zabójstwo członka UDR, dwa lata później oskarżano go o udział w zastrzeleniu dwóch policjantów z RUC.  Do tego w 1990 cudem uszedł z życiem z zamachu zorganizowanego przez lojalistycznych paramilitarnych - zginął jego przyjaciel. W 1999 roku zamontowana przez lojalistów pod samochodem bomba zabiła Rosemary Nelson, prawniczkę, która wybroniła Duffego. Duffy cały czas pozostaje wierny republikańskim ideom - dzień po uniewinnieniu w samotnym ulicznym proteście demonstrował przeciwko traktowaniu republikańskich/katolickich więźniów w Maghaberry Prison. I twierdzi, że DNA zostało podrzucone przez policję.

Duffy dzień po uniewinnieniu


Oczywiście, z chwilą uniewinnienia stał się - dla połowy społeczności N.I. - najbardziej znienawidzonym człowiekiem. Na FB powstało już kilka "grup minuswsparcia", mówiąc najłagodniej, na YT zobaczyć można filmy, w których "katolicki fundamentalista" Duffy (ciekawe, że jedna strona macha flagą idei, druga - religii) pokazany juest jako największy potwór, jakiego Ukochanego Kraju Pana Boga ziemia nosiła... Oczywiście, życzliwi też spekulują, że Duffy jest wtyczką MI5, przez co jasne ma być, że pięć wyroków uniewinniających to tylko taka gra..

Temat wróci na pewno.

Kolejny nius - na porodówce w Belfaście umierają noworodki. Trzy umarły, sześć choruje, Royal Hospitalk w Belfaście okazał się siedliskiem zakażenia wewnątrzszpitalnego, a negatywną rolę - jeśli wierzyć temu, co dostaje się do prasy - odgrywają pałeczki ropy błekitnej. 

W szpitalu zarządzono generalne oczyszczanie, ale załoga obawia się, że może być to wynik jakiejś awarii systemu kanalizacyjno-wodociągowego. Oficjalnie nikt nic nie wie, może w połowie tygodnia resort zdrowia wyda oficjalny komunikat. 

Zdrowia Czytelnikom życzę.


17.01.2012

Archiwizator (3) - Jakie łoże ma Iris R. i kto za to zapłacił...


Kolejne gazety do zarchiwizowania a potem do kozy. Lub kominka, w zależności od potrzeb.


„Bel.Tel.” 5 lutego 2010

Główny temat to udany finisz negocjacji DUP i Sinn Fein (dwóch największych partii politycznych w Irlandii Płn.) co do przejęcia z Londynu uprawnień do sprawowania władzy w zakresie sądownictwa i policji. Był to kolejny krok w stronę budowy w miarę normalnie działającego aparatu władzy – przed wybuchem konfliktu w Belfaście działał rząd, prócz zastrzeżonych dla Londynu spraw zagranicznych czy podatkowych miał całkiem szerokie kompetencje, kiedy zaczęła się jatka, rozwiązano zgromadzenie ustawodawcze, a władzę sprawowano z Londynu; Porozumienie Wielkopiątkowe zakładało, że Irlandia Północna zacznie znów decydować, na ile to możliwe, sama o sobie. Negocjacje trwały ponad dwa tygodnie, wydawało się, że unioniści i republikanie nie dogadają się ze sobą, co oznaczałoby nowe wybory lokalne, ale i generalne oziębienie procesu pokojowego w Irlandii Płn.  No ale się dogadali, podobno kręcący nosem na dopuszczenie republikanów do systemu wymiaru sprawiedliwości unioniści zgodzili się na porozumienie, kiedy okazało się, że część z 800 milionów funtów, przeznaczonych z londyńskiego budżetu na transfer uprawnień, wykorzystana zostanie na pokrycie strat spowodowanych upadkiem Presbyterian Mutual Society.
Tu wyjaśnienie: była to taka kasa oszczędnościowa, założona przy First Presbyterian Church, najważniejszym protestanckim kościele w Irlandii Północnej (stworzonym przez Iana Paisley, legendę unionizmu), która przez nieudolność i pazerność zarządzających padła na fali światowego kryzysu bankowego. Poszkodowanych zostało około 10 tysięcy ludzi. Całkiem pokaźny elektorat.

Jeśli chodzi o pieniądze i politykę, to w tym samym wydaniu BT zobaczyć można, jak wyglądało łóżko, które Iris Robinson – znana już skądinąd żona Petera, ale i była parlamentarzystka z Westminsteru – kupiła za drobne 1600 funtów, po czym wystąpiła o zwrot tego wydatku z parlamentarnej kasy. Łoże dość ohydne, jak na mój gust…



Według gazety Ballymena będzie mogła już niedługo nie martwić się o ogrzewanie i ciepłą wodę – wszystko to dzięki ciepłym źródłom, nad którymi położone jest to szacowne miasteczko. Swoją drogą w innym znanym mi szacownym miasteczku też próbowano dogrzebać się do geotermalnych wód i zrobić z nich użytek, ale chyba na arzie cicho o jakichś spektakularnych sukcesach u słynnego Ojca…

Na stronach sportowych zastanawiano się, kogo reprezentanci Sześciu Hrabstw wylosują w eliminacjach do EURO 2012. Z gazetowych przewidywań Grupa z Chorwacją, Szwecją, Łotwą. Lichtensteinem i Andorą) nie wyszło nic, podobnie jak i z awansu Green and White do polsko – ukraińskich mistrzostw.

16.01.2012

Archiwizator - odc.2


Ciąg dalszy porządkowania papierzysk.

„Belfast Telegraph”, 2 stycznia 2010

Ponoworoczne wydanie sprzed dwóch lat. Główny temat – milczenie Petera Robinsona (premier rządu w Belfaście, protestant, unionista) po śmierci kardynała Cahala Daly, byłego prymasa Irlandii. Duchowny przez wiele lat zaangażowany był w próby pokojowego rozwiązania konfliktu w Irlandii Północnej. Daly był nieprzejednanym krytykiem działań IRA. Kondolencje składali przedstawiciele wszystkich ugrupowań politycznych Irlandii Północnej, również protestanci. Milczał tylko Robinson, a kiedy dziennikarze z BT usiłowali skontaktować się z jego biurem, usłyszeli od rzeczniczki, że „sprawa nie leży w kompetencji tego departamentu”.

Nie za bardzo przychylny katolickiej hierarchii BT poświęcił zmarłemu kardynałowi  w sumie aż cztery kolumny. Duchowny kilka dni później pochowany został w krypcie Katedry Św. Piotra w zachodnim Belfaście. Jeśli dobrze sięgam pamięcią, to dopiero wtedy Robinson wydał stosowne oświadczenie. Lokalni znawcy politycznych rozgrywek tłumaczyli, że Robinson chciał coś w ten sposób ugrać w środowisku konserwatywnych protestantów. Wyszło dość marnie – pozostali liderzy środowisk unionistyczno – protestanckich z szacunkiem pożegnali kardynała, przy okazji wtykając szpileczki premierowi. Kilka miesięcy później okazało się, że trudno nie wierzyć w powiedzenia o tym, że jak się zacznie nowy rok, tak dalej poleci – Robinson dość niespodziewanie stracił fotel w brytyjskim parlamencie, przegrywając wybory z ówczesną burmistrz Belfastu – osobą o wiele bardziej otwartą i sympatyczniejszą, trzeba przyznać.

Poza tym w gazecie zastanawiano się czemu to powitanie Nowego Roku w innych stolicach jest huczną i ludyczną imprezą, w Belfaście zaś około północy centrum wygląda smętnie i ponuro. Władze miasta tłumaczyły się oszczędnościami, specjaliści od PR narzekali, że to błędna decyzja, a z własnego doświadczenia mogę dorzucić, że dla lokalnych Nowy Rok wcale nie jest jakimś specjalnie wielkim wydarzeniem – ot, impreza jak impreza, zdecydowanie więcej fajerwerków w niebo leci przy okazji Halloween. No a gazetowe porównywanie Belfastu Londynu, Berlina, Tokio czy nawet Edynburga trochę mnie rozbawiło…

Pierwszym dzieckiem, urodzonym w Irlandii Północnej w 2010 roku był Alvin Junxi Wei.


„B.T” 1 lutego, 2010

„Ulster mówi nie!” – krzyczy czołówka pod zdjęciem smutnego Andy Murraya, którego w Finale AO zdemolował Federer.  Tytuł jednak nie odnosi się do sportu, tylko do gdybania redaktorów „co by było, gdyby Sinn Fein wygrało wybory, czyli McGuinness miałby być premierem”. Z gdybania wynika oczywista oczywistość – unioniści nie wyobrażali (i nie wyobrażają) sobie takiego scenariusza. Unionistycznym politykom zadano dwa pytania: czy gotowi byliby pracować pod rządami premiera z Sinn Fein i czy ich ugrupowanie podpisało się pod Porozumieniem z St Andrews, zakładającym, że największe ugrupowanie wystawia kandydata na premiera.

Odpowiedzi na pierwsze pytanie były proste: nie! (albo, w kilku przypadkach „no comments”). Ciekawiej było przy drugim, opierającym się przecież o fundamenty znanej nam demokracji – kto wygrywa wybory, ten sprawuje władze. Politycy odpowiadali: „My się pod tym porozumieniem nie podpisali. To zrobiły rządy z Londynu i Dublina. Nie jesteśmy związani porozumieniem, szukamy tylko tych aspektów, które będą działać… Nie wiem nic o Porozumieniu, nie było mnie tam…” Dwóch czy trzech pytanych odpowiedziało bardziej rozsądnie – że zrobią wszystko, by powstał silny blok unionistyczny, który zawsze będzie miał większe poparcie wyborcze (chyba, że z czasem przegra z demografią – dop. mój), że jest to rozważanie czysto teoretyczne, itp…

Lokalne wybory odbyły się rok później. Frekwencja była dość licha, ale status quo został zachowany – DUP przed Sinn Fein.

 PS.
Dziękuję za "frekwencję" na blogu, mimo ostatniego długiego okresu hibernacji. Kłaniam się nisko wszystkim Czytaczkom i Czytaczom. Uniżenie proszę też o kliknięcie na reklamowe linki - trzeba za coś kupić inakust i gęsie pióra ;)


13.01.2012

Archiwizator, odcinek 1


Kiedyś trzeba zrobić porządek ze stertami gazet poupychanymi w szufladach i kartonach. No i warto przypomnieć P.T. Czytaczom, że się, mimo wszystko, żyje. Lącząc przyjemne z pożytecznym zapraszam do spojrzenia wstecz na codzienność ukochanego kraju Pana Boga (nie moje określenie, ale bardzo piękne, nieprawdaż?...)


Belfast Telegraph, 18 lutego 2010

Na pierwszej stronie dwa tematy, które mogą być kwintesencję charakteru tej specyficznej lokalności: "Turned away from a Belfast nightclub because of the colour of his skin" - historia ciemnoskórego Portugalczyka, którego bramkarze jednego z nocnych klubów w Belfaście nie wpuścili do środka, robiąc przy tym ostro rasistowskie uwagi. Sprawa trafiła do sądu, sąd przyznał odszkodowanie - 15k funtów, co w sumie za kilka minut słuchania bluzgów w wykonaniu mięśniaków "na bramce" nie jest aż takim złym biznesem. Jak znam jednak życie, pan Portugalczyk raczej już nie będzie chciał się cieszyć urokami nocnego życia w Belfaście, bo to mimo wszystko niewielkie miasto, a wieść się rozeszła...

Co ciekawe - ale raczej nie dziwi - właściciele lokalu wyroku nie skomentowali. Nie dziwi. O ile południe wyspy jest dość multikulturowe, to jednak na północy wciąż jeszcze obcokrajowiec jest czymś "niecodziennym". Zmiana obyczajów i nastawienia do obcych jeszcze sie nie dokonała.

Drugi temat z "czołówki" to nieustająca dyskusja o tym, czy oranżyści powinni maszerować przez Garvaghy Road, czy też nie. Garvaghy Road to dzielnica zamieszkana przez irlandzką, katolicką społeczność, dla których triumfalistyczny marsz Oranżystów jest symbolem prowokacji. Protestanci uważają, że to część ich kultury, którą katolicy chcą wyplenić. I tak w koło macieju,  na trzy czy cztery kolumny tekstów, zdjęć i analiz.

Głosem zbliżonym do rozsądku była wypowiedź Jackiego McDonalda, byłego paramilitarnego z UDA, wciąż aktywnego lidera środowisk lojalistycznych, działającego  na rzecz znalezienia prozumienia i pokojowego budowania wspólnego społeczeństwa. Uważał on, że dopóki nie osiągnięte zostanie porozumienie z mieszkańcami Garvaghy Road trasa przemarszu powinna zostać zmieniona. Opór wśród "żelaznych lojalistów" jest duży. No i dyskusja kręci się dalej...

Na zdjęciu poniżej nr Jackie oraz prawdziwie lojalni. Z tego co pamiętam, w 2011 trasa została zmieniona, nie było też jakichś większych zadym przy okazji.






A tak na marginesie - oba tematy trochę łączą się ze sobą. Na "bramkach" w lokalach Belfastu i okolic stoją bowiem bardzo często panowie, których "jedyną zbrodnią jest lojalność". Albo "oddanie Sprawie”, jeśli lokal leży w innej częsci miasta. 

4.04.2011

Kolejne zmarnowane życie

Kolejne życie zostało zmarnowane. W sobotę w wybuchu bomby, która wybuchła pod jego autem, zginął 25-letni policjant. Ronan Kerr w mundurze chodził dosłownie od kilku tygodni, w maju ubiegłego roku zgłosił się na szkolenie, pod koniec grudnia ukończył kurs. Wyszedł z domu, wsiadł do auta, by pojechać na popołudniową zmianę. Kiedy chciał ruszyć, eksplodował ładunek.

Miał 25 lat. Studiował w Jordanstown na Ulster University. Miał dwóch braci, siostrę. Ojciec zmarł trzy lata temu na raka. Grał w futbol gaelicki. "Zawinił" tym, że poszedł do policji. Swoją drogą, dla młodych ludzi tutaj policja zaczyna być jedyną sensowną drogą kariery przy dość kiepskiej sytuacj na rynku pracy. Nie wiadomo, jakie motywy kierowały Ronanem, kiedy zgłosił się do służby. Jego dziadek
- mieszkaniec mocno republikańskiego (łagodnie mówiąc) Andersonstown w zachodnim Belfaście - przepytywany dzisiaj przez BBC mówi, że decyzja wnuka o wstąpieniu do policji zaskoczyła go - zdawał sobie bowiem sprawę, co może grozić policjantowi w Irlandii Płn, jednak wnuk chciał to robić i był przekonany, że nic złego go nie spotka...

Teraz jego rodzina w poruszającym oświadczeniu prosi, by śmierć Ronana nie poszła na marne.By katolicy nie rezygnowali ze służby w policji dla dobra wspólnego społeczeństwa. Politycy ze wszystkich ugrupowań potępiają sprawców sobotniego zamachu. A w poniedziałkowe popołudnie w północnym Belfaście, pod samochodem w okolicach posterunku policji, znaleziono podejrzany pakunek. Na miejscu pracują saperzy.

Przedmiot, który może być kolejnym ładunkiem wybuchowym, znaleziono na Tennent Street w północnym Belfaście. Okoliczne domy i firmy zostały ewakuowane, pobliski posterunek policji pracuje bez zmian. Dotąd nie wiadomo, czy odnaleziony przedmiot to rzeczywiście element kolejnego zamachu na policję.

W Omagh trwa zaś zakrojone na szeroką skalę śledztwo, które ma wyjaśnić okoliczności terrorystycznego zamachu, w którym zginął młody katolicki policjant. Nikt jak dotąd nie przyznał się do podłożenia bomby, policja nie ujawnia też zbyt wielu informacji o postępach śledztwa. Wiadomo, że ładunek mógł znajdować się pod autem przez dłuższy czas – Kerr nie korzystał z samochodu przez ostatnie 48 godzin przed swą śmiercią. Funkcjonariusze apelują o jakiekolwiek, nawet drobne czy szczątkowe informacje, które mogłyby naprowadzić na ślad sprawców.

Policja pokazała jak mogła wyglądać bomba, która zabiła Kerra. Ładunek o wadze pół kilograma umieszczono w czymś przypominającym pudełko na lunch. Bomba miała zapalnik uruchamiający się pod wpływem ruchu.

Kerr został zabity dosłownie kilka dni po tym, kiedy Sekretarz Stanu ds Irlandii Północnej ogłosił zakończenie stosowania procedury 50-50, zakładającej, że do północnoirlandzkiej policji rekrutowani są w tej samej liczbie kandydaci pochodzący ze środowisk protestanckich, jak i katolickich.

Problem sił policyjnych w Irlandii Północnej jest bardzo głęboki i złożony. Wielu mieszkańców wciąż pamięta jeszcze Royal Ulster Constabulary. W latach konfliktu RUC była wielokrotnie oskarżana – przede wszystkim przez środowiska narodowo – republikańskie – o jednostronne działanie, o łamanie praw człowieka, o brutalność wobec społeczności katolickiej. Wiele spraw trafiło nawet do Trybunału Praw Człowieka w Strasbourgu. W owianych złą sławą „detention centres” - miejscach internowań nie tylko osób złapanych na działności terrorystycznej, ale również luźno podejrzewanych o takie czyny - „opracowano” specyficzne – łagodnie mówiąc brutalne i niehumanitarne - metody przesłuchań, stosowane po ponad dwu dekadach wobec zatrzymanych muzułmanów, posądzonych o kontakty z Al-Kaidą.

Medal miał oczywiście i drugą stronę – przez cały czas Troubles funkcjonariusze RUC stanowili cel numer jeden dla IRA. Zginęło ich w czasie konfliktu ponad trzystu, rannych w zamachach zostało ponad dziewięć tysięcy.

Porozumienie Wielkopiątkowe, kończące konflikt, miało otworzyć drogę do stworzenia „normalnych” sił policyjnych. RUC przemianowano w Police Service Northern Ireland, stworzono urząd policyjnego Ombudsmana – niezależnego kontrolera skarg płynących na działalność stróżów prawa. Zaczęto szukać rekrutów w społecznościach katolickich – wspomniany projekt 50-50.

Przez dekadę – mimo wielu gróźb, prób zamachów i wciąż nierozwiązanego do końca problemu braku zaufania do policji – wielu katolików uważa policję za „obcą służbę”, protestanci zaś, po zmianie RUC w PSNI też nie do końca ufają formacji, w której „nagle” pojawili się katolicy – nie doszło do najgorszego.

Szczęście skończyło się przed dwoma laty. W marcu 2009, po zamachu na bazę wojskową w Antrim, w którym zginęło dwóch żołnierzy, w Craigavon zastrzelony został konstabl Stephen Carroll. Katolik. W styczniu 2010 wybuchł ładunek pod samochodem Paedara Heffrona, policjanta z Randalstown. Mężczyzna – katolik, zaangażowany w działalność lokalnego klubu futbolu gaelickiego, biegle mówiący po irlandzku przeżył, ale stracił nogi. W kwietniu 2010 przed posterunkiem policji w Newtownhamilton wybucha samochód pułapka. Nikt na szczęście nie ucierpiał. Poważniejszych takich zdarzeń było co najmniej kilkanaście i tylko chyba najbardziej niepoprawni optymiści nie dopuszczali do siebie myśli o tym, że tragedia w końcu musi nastąpić.

Jak dotąd – do poniedziałkowego południa – nie ma żadnych informacji o tym, by do zamachu przyznała się któraś z republikańskich grup ekstremistycznych. W grę mogą wchodzić ugrupowania uważające się za kontynuację IRA, bądź też radykałowie z ONH, „walczący” o socjalistyczno-demokratyczną republikę Irlandii. Dla nich wszystkich Irlandczycy – katolicy – wstępujący w szeregi policji, są zdrajcami „służącymi Londynowi”.

Komentatorzy lokalnych mediów podkreślają, że celem terrorystów jest wywołanie poczucia permanentnego zagrożenia oraz storpedowanie procesu tworzenia standardowych struktur polityczny, państwowych, policyjnych w kraju, który tak naprawdę jeszcze nie przyzwyczaił się do „zwyczajnej” demokracji. Warto chociażby wspomnieć, że zakończona właśnie kadencja Zgromadzenia Ustawodawczego w Stormoncie była pierwszą pełną i nieprzerwaną kadencją lokalnego parlamentu od ponad trzydziestu lat! Wiele politycznych sporów i problemów wywołała akcja przeniesienia z Londynu do Belfastu ośrodka władzy w sprawach policyjnych i sądowniczych. O strachu nikt jednak nie mówi, wszyscy mówią zaś o gniewie. Szczególnie dobitnie takie wypowiedzi brzmią z ust polityków Sinn fein, partii związanej przez lata z Irlandzką Armią Republikańską, której dzisiejsi przywódcy w czasach konfliktu pełnili kierownicze role w IRA i w tamtych latach zapewne również traktowali policjantów jako „uprawniony cel”.

Dzisiaj Gerry Adams mówi o tym, że ludzie, z którymi współpracował przez całe życie, jak i on sam, kipią z gniewu na to, co się stało. Mówi, że sprawcy zamachu nie mają absolutnie żadnego poparcia społecznego. Premier (z unionistycznej DUP) Peter Robinson i wicepremier (Sinn Fein) Martin McGuinness wspólnie przemawiają, potępiając przemoc.

Oby ta jedność utrzymała się długo. Z drugiej strony - w maju mamy lokalne wybory. Nie chciałbym krakać, ale każda ekstrema na swój sposób wykorzysta śmierć Kerra. Na murze w Bogside - dzielnicy Derry, gdzie w 1971 brytyjscy komandosi zrobili Krwawą Niedzielę pojawił się napis "East Tyrone IRA - RUC scum: 1-0! Hahaha!".
Mniej i bardziej radykalni unioniści zyskali kolejny przykłąd, że nie woelno republikanów dopuszczać do władzy za wszelką cenę (a w tych wyborach Sinn Fein może zostać najsilniejszą partią, po lewej - nacjonalistycznej stronie są najsilniejsi, SDLP - republikańscy socjlademokraci raczej nie powinni im zagrozić, bardziej nawet poodbierają głosy ze środisk unionistycznych; ale temat wyborów to już zupełnie inna bajka, więc stop tej dygresji).

Obawiam się, że to niestety nie koniec. A w ogóle, to podchodząc do sprawy zupełnie paranoicznie, można dojśc do wniosku, że wielu mogło zależeć na podsycaniu ognia w piekiełku...Zastąpienie strachem przed terrystami lęków związanych z sytuacją gospodarczo- społeczną, pokazanie, że konieczna jest "permanentna inwigilacja" dla naszego własnego dobra, pokazanie, do czego może dojść, gdy ekstrema dojdzie do władzy... Różne są scenariusze z tych alternatywnych. Ale na razie tyle.

2.03.2011

Człowiek w mundurze

Nie chce podawać swego imienia i nazwiska, o zdjęciu nawet nie ma mowy. „Napisz, że mam na imię Walter...” Na rozmowę zgodził się po długich namowach. Skąd ta tajemnica? „Walter” pracował przez kilkanaście lat w służbie więziennej w Irlandii Północnej. Pracował w latach, kiedy konflikt był najbardziej krwawy i brutalny, kiedy w więzieniach również bywało bardzo gorąco. Od kilkunastu lat jest na emeryturze. Mieszka w spokojnym miasteczku niedaleko Belfastu. Prosi, by nie podawać więcej szczegółów. Kilka lat temu, kiedy już nie pracował w mundurze, ktoś strzelał w okno jego ówczesnego domu.


Byłeś świadkiem wielu wydarzeń z czasów tutejszego konfliktu. Co wryło Ci się najbardziej w pamięć?


- Najgorzej było chyba w 1972. Skończyłem szkołę w 1970, potem zacząłem pracować w Belfaście, pracowałem, w biurze nieruchomości. Mieszkałem w Newtownards i codziennie dojeżdżałem autobusem. Któregoś piątku IRA podłożyła bomby w całym Belfaście. Całe miasto zostało zablokowane, ewakuowano dworce kolejowe, autobusowe. Pamiętam, że było popołudnie i wracałem do domu piechotą, bo żadna komunikacja nie działała. Przechodziłem koło zbombardowanego dworca autobusowego, widziałem ciała ofiar. Wychodziłem z miasta piechotą, a kiedy obejrzałem się i spojrzałem na Belfast, widziałem dymy po eksplozjach, miasto wyglądało jak z czasów wojennych, jak jakieś miasto po nalocie... To był Bloody Friday, tak później nazwano ten dzień. Do dzisiaj boli mnie to, że o tym dniu nikt nie pamięta, chociaż było tak wiele ofiar. Czy ludzie, którzy wtedy zginęli, byli gorsi? Na dochodzenie w sprawię Bloody Sunday poświęcono setki milionów funtów, a ludzie, którzy stali za zamachami w Belfaście dzisiaj są w kręgach władzy. Nie wiem, czy to jest sprawiedliwe.

- Nie mówi się o niewinnych, zwykłych ludziach. Cały czas mówiło się i mówi o IRA, o UVF, UDA o organizacjach paramilitarnych. A naprawdę to większość ludzi nigdy tego nie chciała. Nikt nie chciał konfliktu, nikt nie chciał wojny. Teraz jest pokój, ale jego koszty też są wielkie. Nikt tego nie mówi, ale wszystkie te organizacje ciągle prowadzą swe interesy, tylko zeszły teraz głęboko pod ziemię. Pieniądze płyną z Wielkiej Brytanii, płyną z Irlandii, płyną z Ameryki po to, by był spokój. IRA ogłosiła rozwiązanie struktur wojskowych, Peter Robinson, wicepremier potwierdził to jakiś czas temu oficjalnie, UDA i UVF również, International Monitoring Commission również mówi o rozbrojeniu, ale te organizacje wciąż istnieją. Po co?

Od ponad dziesięciu lat mamy w Irlandii Północnej pokój. Wierzysz, że konflikt już jest przeszłością?

- Mam nadzieję, że to wszystko jest już za nami, naprawdę mam taką wielką nadzieję. Ale nie potrafię pozbyć się wątpliwości. Znam historię tego kraju, pamiętam co się działo wcześniej. Ten kraj cierpiał już tyle razy, był rozrywany wielokrotnie konfliktami. I co dwadzieścia, trzydzieści lat historia się powtarza...

- Niektóre rejony są mocno dotknięte nienawiścią związaną z religią, ale są też miejsca, gdzie od lat protestanci i katolicy żyją obok siebie, gdzie nawet w czasie The Troubles nie dochodziło do wielkich konfliktów. Myślę, że takim bastionem spokoju są rejony North Down oraz półwyspu Ards.

- Moim zdaniem, prawdziwa przyczyna wybuchu The Troubles jest zupełnie inna, niż mówią historycy, niż mówią dziennikarze. To nie była sprawa między protestantami a katolikami, to nie był konflikt między zwolennikami republiki a lojalistami, tak naprawdę poszło o strefy wpływów organizacji paramiliatarnych. To o czym się mówi, jako przyczynach, to był pretekst. Za wszystkim stały organizacje przestępcze, takie jak mafia, walczące o strefy wpływów na wymuszenia, na handel narkotykami, na całą taką działalność. Tym ludziom zależało na konflikcie, zależało na tym, by była tu wojna, bo mogli rozgrywać swe interesy. Niewinni ludzie wciągnięci w konflikt ginęli, a oni robili biznes.

Pracowałeś w służbie mundurowej. Konflikt był dla Ciebie ciężkim czasem...

- To były ciężki czasy dla każdego, nie tylko dla mnie. Ja chciałem tylko zapewnić rodzinie spokojne życie, zapewnić im dobry byt i utrzymać daleko od konfliktu. Na szczęście mieszkaliśmy daleko od Belfastu, daleko od Falls Road, od Shankill Road, od Ardoyne... Teraz moje dzieci są już dorosłe, mieszkają poza Irlandią Północną, również dlatego, że przez lata konfliktu ten kraj stracił czas, stracił lata. Patrząc nawet na warunki w Anglii czy w Szkocji widać, że konflikt zostawił tu głębokie rany...

- Widziałem ludzi, którzy popełniali najstraszniejsze zbrodnie od czasów II wojny światowej. Widziałem ludzi, którzy pod pozorom idei dokonywali zbrodni, za które nigdy nie powinni zostać zwolnieni z więzienia. Shankill Butchers, Rzeźnicy z Shankill obdzierali ludzi żywcem ze skóry. To byli psychopaci, a twierdzili, że robią to w imię idei lojalizmu. A zostali zwolnieni z więzienia, bo takie było porozumienie. W innych częściach Wielkiej Brytanii dostaje się za takie zbrodnie dożywotnie wiezienie, nigdy się z niego wychodzi... Tu wyglądało tak, jakby to był inny kraj. W innych krajach mordercy są wieszani, w Ameryce mordercy policjantów dostają karę śmierci. Tu zginęło w czasie konfliktu ponad trzystu policjantów, nie licząc żołnierzy. A ostatni wyrok śmierci wykonano na początku lat sześćdziesiątych..

Nie bałeś się o swoje bezpieczeństwo?

- Ktoś musiał to robić, ktoś musi wykonywać taką pracą dla społeczeństwa. Przez lata musiałem wykonywać szereg czynności, by sprawdzać swe bezpieczeństwo. Każdego ranka kontrola samochodu, dojeżdżanie do pracy różnymi trasami, odruch patrzenia w lusterko wsteczne mam do dziś. Nie zapinałem pasów w samochodzie, by w razie ostrzału móc zrobić unik. I tak przez ponad dwadzieścia lat. Najgorsze w tym wszystkim nie było właśnie to niebezpieczeństwo, które mogło grozić mi, ale zagrożenie dla rodziny. Były groźby, dostawaliśmy różne wiadomości, któregoś wieczoru, kiedy moja żona była w ciąży, za oknami przejechał samochód i padły z niego strzały. Kula przeleciała przez okno i wbiła się w ścianę. Żona była w tym pokoju. Przeprowadziliśmy się. Wielu wielu ludzi, wie kim byłem, wie gdzie pracowałem. Przeszedłem wiele, byłem w więzieniu, w którym doszło do buntu, celowano do mnie z broni palnej. Udało mi się jednak wyjść ze wszystkich tych sytuacji. Wierzę, że postępowałem uczciwie. I tak jak większość ludzi tu mieszkających chcę pokoju.

24.02.2011

Głos wart jest mszy

Życie polityczne w Irlandii Północnej nie ma sobie chyba równych. Oto jedna z głównych informacji dnia z wtorku: Peter Robinson, premier, oświadczył oficjalnie, iż jest gotów uczestniczyć w … katolickich mszach świętych.

Dla porządku i wyjaśnienia, dlaczego wiadomość ta sprawiła, że świat się trochę zachwiał w Sześciu Hrabstwach. Otóż Peter Robinson jest liderem Democratic Unionist party – mocno prawicowego, lojalistycznego ugrupowania, które wyrosło jako partia polityczna ze środowisk związanych z radykalnym protestanckim kościołem Free Presbiterian Church. Założył go w 1951 roku Ian Paisley – i jest to temat na odrębną opowieść. Tu warto jedynie pdoać kilka najistotniejszych informacji: Free Presbiterian Church wyznaje dość ortodoksyjne, fundamentalistyczne wręcz zasady i interpretację Biblii. Stoi w ostrej opozycji do kościoła rzymsko – katolickiego i niejako łączy poglądy religijne z poglądami politycznymi. Założyciel i lider, Ian Paisley, był wieloletnim liderem ruchu unionistycznego, przewodniczącym DUP, a także był szefem rządu Irlandii Północnej. Na arenie międzynarodowej zasłynął w połowie lat osiemdziesiątych, kiedy to na forum Parlamentu Europejskiego, którego był członkiem, zaatakował w ognistej przemowie odwiedzającego Strasbourg Jana Pawła II, nazywając go antychrystem.

Teraz wydaje się odrobinę jaśniejsze, czemu główny dziennik Irlandii Północnej uznał tą deklarację Robinsona jako polityczny news dnia. Oczywiście Robinson, starając się uniknąć trzęsienia ziemi w swej formacji od razu wytłumaczył, że nie o każdą katolicką mszę mu chodzi, a już na pewno nie zamierza się w żaden sposób modlić w katolickich świątyniach.

„Musimy być partią, która ma szacunek i zrozumienie dla wszystkich części naszego społeczeństwa” - wyjaśniał Peter Robinson, dodając że jest gotowy uczestniczyć w mszach pogrzebowych swoich zmarłych katolickich kolegów i dygnitarzy. Dotąd żaden lider DUP nie uczestniczył nigdy w katolickim nabożeństwie. Kiedy w ubiegłym roku zmarł kardynał Cahal Daly, ministrowie DUP Arlene Foster i Sammy Wilson pojechali do Armagh, gdzie odbywały się uroczystości żałobne, ale złożyli tylko kondolencje hierarchom. Nie uczestniczyli w uroczystościach żałobnych ani w kościele, ani nie szli w kondukcie.

Robinson łamie więc dość znaczące bariery, ale by nie wywoływać szoku w konserwatywnym protestanckim środowisku, którego członkowie uważają – zgodnie z doktryną religijną – Watykan jako siedlisko Zła na ziemi, dodaje, że nie będzie oczywiście traktować tego udziału we mszy jako modlitwy czy aktu nabożeństwa. Dalej jeszcze mówi, że oczywiście nie będzie w tym względzie żadnej partyjnej dyscypliny, traktuje to jako sprawę swojego sumienia i jako wyraz szacunku dla
danej osoby. Później jeszcze zdradza dwie tajemnice, które na pewno odbiją się mocnym echem w środowiskach protestanckiej Irlandii Północnej: „Bywałem już w kaplicach rzymsko-katolickich z różnych okazji, ale nigdy na nabożeństwie. Mam poza tym wielu, być może zaskakująco wielu, przyjaciół, którzy są katolikami”.

Ostatnio nawet Robinson został sfotografowany w katolickim kościele w Belfaście. Jednak nie ma tu żadnej sensacji – przynajmniej z powiedzmy racjonalnego punktu widzenia: Robinson oprowadzał po kościele Św. Malachiasza w Belfaście księcia Karola i pokazywał mu postęp prac konserwatorskich w tej zabytkowej świątyni w centrum Belfastu. Wtedy to już Robinson mówił o nowej erze w Irlandii Północnej. Z jednej strony stawianie takich tez przy takich zdarzeniach może nawet szokować lub budzić lekie rozbawienie, z drugiej strony należy jednak pamiętać o tym, że piętnaście lat temu taka wizytapo prostu fizycznie nie byłaby możliwa bez udziału wojska.

Do dzisiaj zresztą religijne podziały są bardzo głębokie. Członkowie Orange Order, konserwatywnej protestanckiej organizacji, mają wyraźny zakaz i mogą być ukarani przez swych przełożonych za udział w katolickich cere,moniach. Robinson nie jest jednak członkiem OO, nie należy też do żadnego kościoła., chociaż – jak donoszą media – uczęszcza na nabożeństwa w ewangelicznym „mega-kościele” Metropolitan Tabernacle – w którym, co jest też tematem na inną opowieść prowadzone są wielkie nabożeństwa niemal na wzór amerykańskich kaznodziejów.

Opisujący całą sprawę z należytą estymą dziennik „Belfast Telegraph” nie byłby sobą, gdyby przy okazji nie wetknął małej szpileczki republikanom, pytając kiedy to Martin McGuinness, lider nacjonalistycznego Sinn Feinn, zdecyduje się w takim razie na uczestnictwo w w pogrzebach żołnierzy brytyjskich sił zbrojnych poległych w Afganistanie lub na spotkania z rodziną królewską - co nawet na forum tej gazety wywołało ironiczne komentarze o pomyleniu religii i osobistych przekonań z polityką.

Cała sprawa – oprócz swoistego północnoirlandzkiego folkloru, właśnie religijno-polityczno-narodowościowego – ma jednak swoje drugie dno. Oczywiście: zbliżają się wybory. DUP przegrała – a ściślej: właśnie Robinson przegrał – w swoim mateczniku, we wschodnim Belfaście fotel w parlamencie w Westminsterze. Teraz gra idzie o to, jak będzie wyglądało lokalne zgromadzenie ustawodawcze, a co za tym idzie, kto będzie pełnił funkcję premiera. Ruch unionistyczny przeżywa kryzys, społeczność katolicka według badań demograficznych jest już praktycznie równa – o ile nie liczniejsza – od społeczności protestanckiej, więc trzeba szukać głosów poza tzw. twardym elektoratem. Tam zresztą będzie niezłą „jatka” wyborcza: DUP atakowane będzie za zbytnią miękkość i uległość przez ortodoksów z Traditional Ulster Voice, a na plac gry wchodzi dodatkowo British National Party, która w zeszłym tygodniu, właśnie we wschodnim Belfaście, na podwórku Robinsona niemalże, zorganizowała pierwszy, organizacyjny meeting. Podobno cieszył się całkiem sporym zainteresowaniem.

Do maja na pewno jeszcze usłyszymy w Irlandii Północnej wiele ciekawych deklaracji. Wszak głos wyborcy wart jest mszy.

4.02.2011

Czas by zastanowić się...

nad naszymi wartościami chrześcijańskimi!

Czasem dobrze jest dla społeczeństwa, by zatrzymało się na chwilę i zastanowiło nad kierunkiem, w którym zmierza i nad swoim nastawieniem, najlepiej właśnie teraz.

Nasz rząd i prawa opierają się na słowie Bożym, jako naród, nasze moralne wartości są tożsame z moralnymi prawami zawartymi w Dziesięciu Przykazaniach.

Jednakowoż, wartości chrześcijańskie są dyskredytowane i wyszydzane, a chrześcijańskie praktyki kwestionowane.

Nadszedł czas do uważnej refleksji, czy wciąż uważamy nasze państwo za chrześcijańskie, czy jest już świeckie.


To list z gazety. Nie jest to, jakby myśleli pochopnie niektórzy, Nasz dziennik - bo przecież taki list językiem mainstreamowym oszołomstwem przecież trąca. Nie, to list z największego dziennika tutejszego, "Belfast Telegraph". W kraju, gdzie taskówkarz prycha i marszczy się, bo "masz nie taki akcent i cię nie rozumiem" z wyraźną niechęcia do obcej nacji, gdzie nie takie wyznanie doprowadziło do śmierci ponad trzech tysięcy osób, gdzie obok religinych cytatów z Biblii na murach mamy malunki zamaskowanych mężczyzn z kałachami, gdzie jeszcze niedawno przewodniczący największego kościoła był premierem, gdzie pani premierowa afiszująca się ze swoimi niedzielnymi wizytami w zborze pruje się popołudniami z 40 lat młodszym nastolatkiem, gdzie w sobotę obok stojących bezczynnie na rogach ulic dresiarzy - socjali pojawiają się głoszący Słowo uliczni kaznodzieje, gdzie miejscowy kościół katolicki musi posiłkować się desantem z obcych krajów, bo raz że nie ma powołań, a dwa że skandal ogólnoirlandzki tu równiez nie został odpowiednio rozwiązany, gdzie powiedzenie "miłuj bliźniego swego jak siebie samego" między Falls a Shankill jest raczej kiepskim żartem, takie właśnie dyskusje o wierze stanowią jeden z istotnych problemów codzienności.

Nie będę nawet udawał, że rozumiem Irlandię Północną. Ja tylko staram się o niej pisać. A o tutejszej religiności jeszcze niedługo napiszę, bo parę fajnych wątków mam w podręcznych kajetach.
Oczywiście, jeśli ktoś to w ogóle czyta :)

3.02.2011

Chłopak z Cregagh

No i kupił ktoś mieszkanie, gdzie dorastał George Best. Poszedł za niecałe 100 tysięcy, chociaż ponad dwa lata temu wystawiono go na sprzedaż za 165 tysięcy funtów. Z punktu widzenie rynku nieruchomości, to wydaje mi się, że nawet 100k funtów to jest cokolwiek za dużo za taki domek.



Nie domek w zasadzie, ale trzypokojowe mieszkanie (tzn trzy sypialnie, salon, kuchnia, łazienki) rozłożone na dwóch poziomach w czerwonoceglanym szeregowcu z lat 50. XX wieku. Kiedyś mówiono o tym, by w tym domu urządzić muzeum George Besta. Na planach się jak na razie skończyło. Do tego jeszcze niedawno zamalowany został mural na początku Woodstock Road, mural, na którym George Best witał wjeżdżających do jego dzielnicy... Jak na piątą rocznicę śmierci (25 listopada 2005), to dość słabo z szacunkiem miejscowych do swojej legendy...

A Best mógłby być najlepszym piłkarzem w dziejach. Niestety, zmarnował talent i życie w alkoholowym nałogu. Urodził się 22 maja 1946 roku. Ojciec pracował w stoczni, matka w fabryce papierosów. Mały Georgie, chociaż wychowywał się w raczej skromnych warunkach – jego matka walczyła z chorobą alkoholową, nie miał problemów z nauką. W wieku 11 lat po zdanych egzaminach trafił do cieszącej się wysoką renomą Grosvenor High School. Tak jednak pojawił się problem. Szkolnym sportem było rugby, Georgie zaś od momentu, kiedy tylko zaczął dobrze chodzić, zaczął też kopać piłkę. Szybko więc przeniósł się do Lisnasharragh Secondary School, gdzie spotkał się ponownie z kolegami z „podstawówki” i mógł skoncentrować się na futbolu.

George obijał ceglastoczerwone ściany we wschodnim Belfaście. Mijały miesiące. Młody Best postanowił spróbować dostać się do lokalnego piłkarskiego klubu, by przekonać się , czy jego umiejętności pozwolą mu się odnaleźć w świecie zawodowego futbolu. W Glentoran Belfast usłyszał jednak od piłkarskich skautów, że jest za mały, za chudy i na piłkarza to się raczej nie nadaje. Kopał więc dalej piłkę na ulicy.

I wtedy zdarzyło się coś na kształt cudu. W Belfaście zaczął działać Bob Bishop, skaut Manchesteru United. Któregoś dnia na ulicy zobaczył niewysokiego chłopaka, który wyczyniał niesamowite sztuczki kopiąc … tenisową piłeczkę. Następnego dnia zobaczył, jak George radzi sobie z normalną futbolówką. A potem wysłał telegram do legendarnego managera „Czerwonych Diabłów” Matta Busby: „Myślę, że znalazłem Ci geniusza”. Manchester United od razu podpisał umowę z młodym Georgem.

Georgie pojechał na dwutygodniowe testy do Manchesteru. Uciekł z nich po dwóch dniach, nie mogąc wytrzymać tęsknoty za domem. Busby zdążył się jednak zorientować, że w jego ręce wpadł prawdziwy diament. Zadzwonił więc do Besta – seniora i zdołał w ten sposób przekonać George`a by wrócił na Old Trafford. Tam trafił do ciężkiej szkoły zawodowego futbolu: obok codziennych wyczerpujących treningów jego obowiązkiem było też czyszczenie butów piłkarzy z pierwszego składu. To jednak skończyło się dość szybko.

14 września 1963 roku, w wieku 17 lat George zadebiutował w podstawowej jedenastce Manchesteru United w meczu przeciwko WBA. Ponownie wyszedł na boisko 28 grudnia i wtedy też strzelił pierwszą bramkę w wygranym meczu 5-1 z Burnley. Od tego czasu grał coraz częściej w pierwszym składzie, kończąc debiutancki sezon z 26 występami i sześcioma golami. Jak na 17-latka – co najmniej imponująco.

W drugim sezonie gry w Manchestrze George mógł się już cieszyć z tytułu Mistrza Anglii. A zwycięstwo w lidze oznaczało walkę w Pucharze Mistrzów. W 1966 roku dwudziestoletni George strzelił w ćwierćfinale Pucharu Europy dwie bramki portugalskiej Benfice. Portugalska prasa ochrzciła wtedy długowłosego – cóż, Georgie podążał za modą – piłkarza mianem piątego Beatelsa. To wtedy też narodził się Best – celebryta, ale o tym później, na razie skupmy się na jego piłkarskiej karierze zanim nie zaczęła jej niszczyć właśnie ta celebrycko – imprezowa część Bestowskiego charakteru.



Sezon 1966/67 był jeszcze lepszy. United znów wygrali ligę, a u stóp Besta leżała futbolowa Europa. Man Utd rok później zdobył Puchar Europy. Gol Besta przypieczętował finałową wygraną 4-1 nad Benficą. Piłkarz został wybrany Graczem Roku w Europie oraz w lidze angielskiej. Georgie miał 22 lata, był niekwestionowanym bogiem futbolu. I wtedy zaczął się jego upadek.

Na początku przyjmowano z lekkim przymrużeniem oka lub jako oczywistość to, że młody, piekielnie zdolny i przystojny chłopak lubi się zabawić. Problem w tym, że przeskok z przaśnego, robotniczego Belfastu do świateł wielkich miast, pierwszych stron gazet, pięknych kobiet i wystawnych przyjęć okazał się dla George`a zabójczy. Charyzmatyczny, dobrze czujący się „na salonach”, szybko zyskał ogromną popularność. A jednocześnie zaczął powoli rozmieniać swój wielki talent na drobne. „Gdyby nie pił, byłby lepszy ode mnie” – powiedział kiedyś Pele.


Władze klubu z Old Trafford długo patrzyły przez palce na pozaboiskowe ekscesy Besta. Dzięki jego bramkom (w 470 występach 179 goli) klub utrzymywał się w ligowej czołówce, ale powoli miarka się przebrała. Kiedy George zniknął na kilkanaście i dni i odnalazł się na… popijawie z francuskimi rugbistami, cierpliwość władz klubu się skończyła. W wieku 27 lat, czyli w najlepszym czasie dla piłkarza, odszedł z Manchesteru. „Ciemna strona mocy” zaczynała brać górę.

W jednym z wywiadów Best opowiadał o swoim ulubionym filmie. Był to „Charlie Bubbles” z Albertem Finneyem w głównej roli. Finney gra tam bezkompromisowego, ostro pijącego pisarza, który nie może poradzić sobie ze sławą i oczekiwaniami otoczenia. Best szczególnie lubił finałową scenę, kiedy bohater wsiada do balonu, odcina linę i rozpływa się na tle błękitnego nieba. „Czysta ucieczka, odwrócenie się plecami od wszystkiego, od świata…” – mówił dziennikarzowi. Best uciekł w alkohol, a ta ucieczka zakończyła się dla niego tragicznie.

Dalsza piłkarska kariera „Chłopca z Belfastu” to lista wielu klubów, gdzie narastający alkoholizm wygrywał z jego talentem. Jewish Gold w RPA, Celtic Cork w Irlandii, Fulham w Anglii, trzy kluby w USA, Hibernians w Szkocji, na koniec kariery Bornemouth w Anglii i jeszcze australijskie Brisbane. To lista pasująca bardziej do piłkarskiego wyrobnika niż do piłkarza, który mógłby być najlepszym w dziejach. Mógłby, gdyby…



Jednym z najbardziej znanych cytatów George Besta są słowa: „Wydałem mnóstwo kasy na wódę, panienki i szybkie samochody. Resztę po prostu przepuściłem”. Zamiast piłkarskiej sławy zyskał legendę podobną do tych otaczających zmarłych młodo gwiazdorów rocka. Kiedy umarł 25 listopada 2005 roku, płakał cały Belfast. Dwa lata po śmierci magazyn GQ uznał go za jednego z 50 najbardziej stylowych mężczyzn ostatniego półwiecza. Dla wielu pozostał symbolem niezrealizowanych szans.



A zniknięcie muralu też trochę symboliczne było...

31.01.2011

Klątwa Irlandii Północnej

Irlandia Północna jest w szoku – w ciągu ostatnich dni samobójstwo popełniły tu... dzieci. Jedenastoletnia dziewczynka odebrała sobie życie w miniony czwartek, trzynastolatek zmarł w piątek. Samobójstwa młodzieży to dramatyczny problem tego kraju.

Nikt nie wie tak naprawdę, dlaczego to się dzieje. Dlaczego młodzi ludzie w Irlandii Północnej nagle przestają chcieć żyć, kiedy tak naprawdę całe życie jest jeszcze przed nimi. Irlandia Północna jest na trzecim miejscu w Europie pod względem średniej liczby samobójstw w populacji. Co niepokojące, liczba wzrasta z roku na rok. I dzieje się tak od lat. Dlaczego? O tym może spróbuję napisać na końcu.

Najpierw suche fakty. Cała Irlandia – ze szczególnym w niej miejscu Północy - ma jeden z najwyższych w całej Unii wskaźnik samobójstw młodych ludzi. Tylko w 2008 roku popełniły samobójstwo w N.I. 282 osoby. Mając na uwadze, iż populacja generalna Irlandii Północnej to niewiele więcej, niż 1,2 miliona mieszkańców dane robią się dość mroczne. Tylko podczas ostatnich wakacji w rejonie Belfastu na samobójczą śmierć zdecydowało się blisko trzydzieścioro nastolatków.

W niektórych miejscach w Belfaście jest jeszcze gorzej – według słów lidera Sinn Fein, w katolickich dzielnicach Zachodniego i Północnego Belfastu tylko w 2010 roku odebrało sobie życie 21 młodych ludzi. Młodych, to znaczy poniżej 25 roku życia. Prawie dwie trzecie zabijających się mieszkańców Irlandii Północnej to mężczyźni do 35 roku życia. - Więcej młodych ludzi ginie z własnej ręki, niż na skutek wypadków drogowych – mówił Gerry Adams w październiku 2010 na specjalnym czuwaniu poświęconym pamięci kolejnej ofierze samobójstwa. O Ardoyne pisałem „ostatnio” - to jest przy okazji jednego z ostatnich wpisów, opowiadających o lipcowych zamieszkach w tej części północnego Belfastu. To miejsce zasługuje jednak na osobną poważną opowieść. To jedno z miejsc w Belfaście, gdzie liczba samobójstw znacznie przekracza i tak wysoką lokalną średnią. Polecam wyguglanie fotocastu „Ardoyne Suicides”. Linka nie daję, bo aktualnie jest niedostępny – mam nadzieję, że zniknął z sieci tylko na czas jakiś, bo dokument jest poruszający.

Samobójstw jest coraz więcej, zwłaszcza wśród młodych mężczyzn. A teraz zaczynają zabijać się dzieci. Ciara Doherty miała 11 lat. Rodzina znalazła ją martwą w łazience w piątkowy wieczór. Dzień wcześniej koleżanka znalazła 13 letniego Martina Rooneya, chłopak zmarł po przewiezieniu do szpitala. Obydwoje mieszkali na obrzeżach zachodniego Belfastu. Ona w porządniejszej dzielnicy, on na bardziej socjalnym osiedlu. Jeśli klikniecie tutaj, i użyjecie ludka, by zobaczyć obraz ulicy przy punkcie A, zobaczycie charakterystyczną dla biedniejszych osiedli grupkę małolatów, przypatrujących się obcym – a samochód wujka G. wygląda zaiste jak pojazd obcych. Być może jedna z postaci z zamazanymi twarzami to właśnie Marty?...

Dorośli są przerażeni. Nikt nie wie, dlaczego tak się stało. Podobno Ciara była zastraszana w szkole, sąsiedzi opisują, że była mała, cicha, spokojna i nie wyglądała nawet na swój wiek.

W piątek skończyła ze sobą również 31-letnia Karen Cromie. Sportowiec, uczestnik Igrzysk Paraolimpijskich, była w kadrze Wielkiej Brytanii na wioślarskie zawody w 2012 roku w Londynie. Z jej biografii wynika, że zdawała się być pełna życia i planów. Tymczasem już raz próbowała skoczyć z wiaduktu nad autostradą z Bangor do Belfastu (dla miejscowych: tam gdzie się wjeżdża do Ikei, leżą kwiaty u góry), raz udało się ją powstrzymać, w piątek mimo pracy policyjnego negocjatora – skoczyła... W piątek zabił się też 20-latek w północnym Belfaście...

Wygląda to na klątwę, która toczy Irlandię Północną. Jakby teraz, już ponad dekadę po zakończeniu konfliktu coś wciąż domagało się krwi i cierpienia. Jakby to miejsce było przeklęte. Można wyśmiać trochę taki mistycyzm, ale już kiedyś tu wspomniałem, że Irlandia jest pełna duchów... Bardziej naukowo – to nieszczęsna szerokość geograficzna z długimi wieczorami i małą ilością słońca, deszcze, wiatry i depresyjny klimat. Do tego brak perspektyw dla młodych ludzi, którzy mają marne szanse wyrwania się z piekiełka socjalnych osiedli. Do tego swoisty kodeks egzekwowany przez „silnorękich” na takich osiedlach – pobicia przez ugrupowania paramilitarne są właśnie jedną z głównych przyczyn samobójstw młodych mężczyzn, problemy z narkotykami i alkoholem, brak zajęć, pracy, co daje kolejny brak perspektyw...



Ale dlaczego zabijają się dzieci? Dlaczego zabija się młody chłopak, który zaczyna właśnie obiecującą karierę bokserską? Dlaczego zabijają się młodzi ludzie z może nie za bogatych, ale „normalnych”, spokojnie żyjących rodzin bez większych zdawałoby się problemów. Tego w Irlandii Północnej nikt nie wie.

30.01.2011

Wokół rocznicy Krwawej Niedzieli...

Dzisiaj mija 39 lat od Krwawej Niedzieli. I to pierwsza rocznica, podczas której rodziny ofiar mogły przejść trasą, pokonaną przed laty przez uczestników pokojowego marszu rozstrzelanego przez brytyjskich komandosów z poczuciem jakiejś dziejowej sprawiedliwości. Kilka miesięcy temu zakończyło się dochodzenie Lorda Saville w sprawie przyczyn i przebiegu Krwawej Niedzieli. Swego czasu wspominałem o tym na tym blogu, niedługo postaram się w ramach uzupełnień szerzej napisać o całym postępowaniu, jego wynikach i wielu kontrowersjach temu towarzyszących. Ważne jest jedno: państwo brytyjskie przyznało oficjalnie, że akcja komandosów była NIEPRAWNA I NIEUPRAWNIONA. Premier Wielkiej Brytanii powiedział w Izbie Gmin: Przepraszamy. Życia to oczywiście nikomu nie wróci, ale na pewno było to wielki symbol zmian.

Ale oczywiście nie ma tak, że od razu jest kolorowo i dobrze. Ogłoszenie wyników postępowania i przeprosiny rządu nie spodobały się przedstawicielom unionistycznej części mieszkańców tej części wyspy. Zaczęły się podnosić głosy, że skoro wydane zostały grube miliony na to postępowanie, to należy teraz przeprowadzić kolejne dochodzenia mające wyjaśnić okoliczności masakr dokonanych przez IRA. Bloody Friday w 1972 roku w Belfaście (9 zabitych, 130 rannych), 21 zabitych w ataku bombowym w Birmingham w 1974 roku, 10 protestanckich robotników rozstrzelanych na poboczu drogi w południowym Armagh w 1976 roku... - to tylko kilka z brzegu przykładów. Rozumiejąc jednak ból rodzin ofiar trudno się oprzeć wrażeniu, że część z probrytyjskich polityków nie rozumie – albo udaje, że nie rozumie – istoty sprawy: wtedy w Derry z jednej strony byli uczestnicy pokojowego protestu, a z drugiej strony siły zbrojne państwa. W przypadku IRA sprawcami była organizacja zbrojna za którą nie stało państwo.

Marsz w Derry miał być w tym roku ostatnim. Część rodzin zdecydowała, że po zamknięciu dochodzenia Saville`a taka forma demonstrowania pamięci ofiar nie będzie już konieczna. Za rok jednak 40 rocznica. Nie zdaje mi się, by wszyscy zgodzili się na to, by nie iść już trasą, którą przed 39 laty przerwały strzały brytyjskich Para, by poprzestać tylko na nabożeństwie i składaniu kwiatów. Zresztą – zobaczymy za rok...

Tymczasem w okolicach życie toczy się „po staremu”. Nie dalej jak pod koniec zeszłego tygodnia przez ponad dwie doby jedna z głownych arterii północnego Belfastu – Antrim Road – sparaliżowana była z powodu alarmu bombowego. Z reguły takie sprawy załatwiane są dość szybko, tu jednak, jak się okazało, sprawa była poważniejsza. Najpierw poszedł sygnał o samochodzie – pułapce. Nie do końca jasno określono, gdzie stoi „niespodzianka”. Policja znalazła podejrzane auto, zaczęła je badać, ale w tym czasie doszła kolejna informacja – że to jest właśnie pułapka na służby bezpieczeństwa: kiedy saperzy i policjanci badaliby podejrzane auto, odpalany miał zostać drugi ładunek, znajdujący się w bezpośredniej odległości. Podobno ładunek nie został odpalony, bo przy policjantach stała kobieta z katolickiej dzielnicy Ardoyne... Lokalna prasa twierdzi, że za wszystkim stoją członkowie Oglaigh nahEireann, ugrupowania paramilitarnego uważającego Sinn Fein za zdrajców sprawy irlandzkiej. Kierownictwo ONH udzieliło jakiś czas temu wywiadu reporterowi „Belfast Telegraph”. Wynika z niego, że uważają się za „armię ludową”, i stawiają sobie za ostateczny cel demokratyczno – socjalistyczną republikę 32 hrabstw. „Brits out is simply not good enough”(...) Można z jednej strony pokręcić głową słysząc o demokratyczno - socjalistycznej republice. Jednak pisałem już tu parę razy, że ruch nacjonalistyczny w Irlandii Północnej od zawsze mniej lub bardziej skręcał w lewą stronę. Przy kryzysie, który pogruchotał Irlandię bardzo mocno i który również tutaj daje się we znaki – a co będzie po kwietniu, kiedy w życie zaczną wchodzić wszelkie budżetowe cięcia, to można się tylko zastanawiać – poglądy lewicowe również rosną w siłę: wszak gdyby nie pazerni bankierzy i krwawi kapitaliści, to już niedługo, niedługo Irlandia byłaby zjednoczona pod trójkolorowym sztandarem „celtyckiego tygrysa”... - tak myślało na pewno wielu. Tymczasem jest jak jest. A jak będzie w 2011 – zobaczymy. W maju są lokalne wybory, po nich może na przykład dojść do sytuacji, że premierem po raz pierwszy w dziejach zostanie ktoś z Sinn Fein. Na samą myśl o tym unioniści budzą się z krzykiem. Pytanie jednak, czy Sinn Fein samo chciałoby przejść z wygodnej roli bycia niby u władzy (wicepremier McGuinness), ale jednak też trochę w opozycji (bo wiadomo, jest jak jest, ale Brytyjczycy to nie są nasi...). Gdyby do tego doszło, to byłby moment na prawdę historyczny.

Poczekajmy zresztą do maja. Kontynuując wątek pt. "tymczasem w okolicach" - tymczasem w okolicach Lurgan w sobotnią noc doszło do tradycyjnych zabaw ulicznych. Ktoś zadzwonił, że na ulicy jest bomba, przyjechała policja, przywitana przez okolicznych młodych ludzi kamieniami, butelkami z benzyną i tego typu utensyliami. Sześć samochodów lekko uszkodzonych. Czyli jak na tutejsze warunki - zupełny lajcik. Bo jeszcze zimno jest w nocy, przyjdzie wiosna, zaczną się zabawy całonocne...