29.06.2008

Odrobina hazardu

Dzisiaj wieczorem dowiemy się, kto wygrał Euro na boisku, natomiast już teraz wiadomo, że generalnie wygrali bukmacherzy - w finale spotkają się dwie drużyny, które przed mistrzostwami u "buków" uważane były za głównych faworytów. W TOALS za postawienie na tych finalistów płacono 10/1, a dla przykładu za finał Portugalia - Holandia 28/1. Niemcy tez byli faworytem do wygrania całego turnieju. Bukmacherzy pomylili się trochę tylko przy drużynach, które wyjść miały z grup. W grupie A Turcy oceniani byli najniżej, grupę C miały wygrać Włochy przed Francuzami, a było troszkę inaczej, no a w grupie D najniżej oceniono Rosjan...
Generalnie zaś jaskinie bukmacherskiego hazardu są tutaj bardzo specyficzne. Przede wszystkim dominują w nich wyścigi zwierząt. Psów i koni. Z emitowanymi na kilkunastu monitorach gonitwami "na żywo", prezentacjami poszczególnych "zawodników". A samych zakładów dokonuje się wypisując własny typ na kawałku papierka, który następnie jest kopiowany w specjalnej maszynie.



Jak widać na załączonym obrazku, w tych przypadkach akurat mi nie poszło. Ale sam początek EURO był nawet udany, a teraz jeszcze Wimbledon został jeszcze, no i Olimpiada. Fortuna czeka ;)

23.06.2008

Szerokiej drogi...

Jestem tu od niedawna, więc zdziwiłem się tym, jak w mediach przedstawiane są wypadki drogowe. Rozumiem Ulster – patrząc na demograficzne dane - to taka Warszawa z przyległościami – ot, niecałe dwa miliony mieszkańców. Dlatego zrozumiałe jest to, że każdy tragiczny wypadek jest przedstawiany dość szeroko. Zdjęcia ofiary, rozpacz rodziny, wszystko z imieniem nazwiskiem, z twarzą. Widzimy, że zginął ktoś prawdziwy – nie przykładowy anonimowy 44-letni kierujący...
No ale cóż, w Irlandii Północnej zginęło od początku roku na drogach nieco ponad czterdzieści osób – tyle co w Polsce w przeciętny weekend. Oczywiście – gdzie tu równać liczbę mieszkańców Rzeczpospolitej do Ulsteru, więc może analogia z Warszawą. Według danych Komendy Stołecznej Policji od początku roku doszło tam do 1700 wypadków. A według policyjnych standardów wypadkiem jest takie wydarzenie, gdzie co najmniej jedna osoba zostaje ranna. Funty przeciw orzechom, że czarna lista jest zdecydowanie dłuższa niestety nad Wisłą niż na Wyspach – nie tylko w samej Irlandii Północnej.
Zresztą doskonale to widać w statystykach. Polska jest w czołówce krajów europejskich jeśli chodzi o liczbę zabitych na 100 tysięcy mieszkańców – w ostatnich latach wskaźnik ten wynosi około 15, podczas gdy Wielka Brytania jest zdecydowanie w końcu europejskiej stawki – ze wskaźnikiem wynoszącym niecałe 6. Wniosek jest przerażający – w Polsce na drogach ginie na drogach prawie trzy razy więcej ludzi!
Pytanie dlaczego tak się dzieje, tylko pozornie jest proste. Autostrady i drogi – ktoś odpowie. Oczywiście. O takiej sieci autostrad jak w Zjednoczonym Królestwie w Polsce jeszcze długo będzie można jedynie pomarzyć. Jednak autostrady to nie wszystko. Kris, który w PL jeździł TIR-em, a tu też sporo czasu spędza za kółkiem ma swoje zdanie: - Boczne drogi są często o wiele gorsze niż w Polsce - wąskie, bez pobocza, często też dziurawe. Moim zdaniem podstawową sprawą jest to, że tu ludzie nie spieszą się tak, jak w Polsce. I bardziej szanują się nawzajem.
Inną kulturę jazdy widzi się już praktycznie od razu. Oczywiście, nie braknie także drogowych oszołomów, ale generalnie brak na brytyjskich szosach tego polskiego klimatu walki o przetrwanie. Kiedy tak będzie u nas w Ojczyźnie? Może wtedy, kiedy powstaną obiecane autostrady, kiedy transport towarów z dróg przeniesiony zostanie na tory, również wtedy, gdy Polakom zaczną być pokazywane w telewizji przed ich ulubionymi serialami takie same reklamy społeczne – pokazujące bez żadnych ogródek skutki niezapinania pasów, prowadzenia po alkoholu czy nadmiernej prędkości - jak w Wielkiej Brytanii... Czyli raczej nieprędko, niestety.

21.06.2008

Inwentaryzacja poprzeprowadzkowa

Wylądowaliśmy na nowych śmieciach, ogarnęliśmy się i nawet za długo nie czekaliśmy, aż specjaliści z firmy oranż przełączą nam internet. Swoją drogą okazuje się, że cywilizacja tutaj musiała chyba dotrzeć niedawno. Moja siostra dostała prawie piany, kiedy tłumaczyła w callcenter (po drugiej stronie linii brytyjczycy z pakistanu: dziń dobri pań, cim mogie suuzić. Psieprasiam nieroziumim) o co chodzi. Ale na szczęście net jest, więc kolejne obrazki z Ulsteru powinny pojawiać się regularnie.
No i generalnie jest nieźle. Nie chce jeszcze zapeszyć, więc na razie jeszcze nic nie piszę, ale...
W każdym razie spoza chmurek pojawia się tęcza.

13.06.2008

Movement of Jah people


Na jakiejś imprezie w refrenie pojawił się zaśpiew "w pupę chłopca bito". Utwór muzyczny dobrany został z okazji przeprowadzki. Zamieszkaliśmy w starym angielskim domu. Gwoli wytłumaczenia. Chociaż jesteśmy w Irlandii Północnej, to typ zabudowy jest w moim pojmowaniu "angielski". Może się mylę, może ktoś biegły w stylach architektonicznych Zjednoczonego Królestwa zechce się wiedzą podzielić. Określenie "stary" nie jest też negatywne, oznacza dom, który ma akąś historię, duszę. Fajnie skrzypi, ma przestrzenie, zakamarki...

Starej szafy nie ma, chociaż pomieszkiwał w tych rejonach C. S. Lewis, więc gdzieś pewnie tutaj może być przejście do Narnii. Przy okazji może kiedyś trzeba sprawdzić okoliczne lasy...
Przeprowadzka minęła nad wyraz sprawnie, wielkie dzięki dla Martyny i Krzysia. SLU jak to mawiają.
Teraz czeka nas szesnaście lat rozpakowywania kartonów.

A tak wogóle, to jeszcze może być ciekawiej. Ale nie zapeszam...
A jeszcze wracając do początku czyli do Boba Marleya. Rozłożyło mnie na łopatki, jak w filmie "I am Legend" Will Smith (to inny kawałek filmu) opowiada kim był Bob Marley. Nic dodać nić ująć. Dla tego fragmentu warto obejrzeć cały film.
A tak jeszcze, to jest w pół do czwartej miejscowego czasu i świta :)
PS. Z internetem będzie krucho. Przynajmniej jeszcze przez kilka dni, więc moi drodzy cierpliwości :)

10.06.2008

Mecz i śpiew

Chwilowo znów jest internet. Więc szybko o tym, co się działo. Wynik wiadomy, chociaż po zwycięstwie Kubicy jakoś udało się na miękko przyjąć porażkę. W pubie Rose and Chandlers zebrało się w sumie koło dwudziestki rodaków.

Były flagi, koszulki, śpiewy też. Kiedy tłumek zaryczał „my chcemy gola Polacy my chcemy gola” siedzący z nami przy stoliku Mr Tax, dżentelmen z Yorkshire, zachichotał i zapytał dlaczego śpiewamy, że lubimy coca colę. Po drugiej bramce nie chciało się już nam nawet śpiewać że nic się nie stało (nowa wersja: coś się zesrało, Polacy, coś się zesrało), ale kupiliśmy kolejnego guinessa i zaczęliśmy obserwować, jak potoczy się dalej wieczór w pubie. A dalej było karaoke.

To że Brytole są narodem gdzieś sto osiemdziesiąt milionów czterysta siedemdziesiąt dziewięć tysięcy sto sześćdziesiąt cztery razy bardziej rozśpiewanym od Polaków jest faktem. Uzasadniać nie trzeba chyba. Jak usłyszałem jak śpiewają tutejsi ( w porównaniu do wycia które niesie się czasem po rynku staromiejskim w mieście T. ), różnica jest dość konkretna. Są oczywiście radosne wyjątki, ale generalnie dość muzyczny naród jest.

No i bawi się bez kompleksów.
A podobno w pubie byli jeszcze dwaj Niemcy. Kiedy nagle zorientowali się, że siedzą wśród całej gromady Polaków, zaczęli uparcie twierdzić, że są z Holandii...
W sumie jednak było całkiem miło, miejscowi stwierdzili, że "spoko spoko, niewiele wam czasem brakowało, a macie jeszcze dwa mecze..." w tonacji "a w dupie to mamy, skoro na Euro nie ma naszych to co to za Euro...". Kubicę zbywali też wzruszeniem ramion "co mnie to obchodzi kto wygrał, skoro to nie brytyczyk...". Za to w drodze do kibelka dowiedziałem się, jakiego naszego rodaka może znać przeciętny tutejszy.
Takiż owo przeciętny tutejszy - wzrost raczej nikczemny, ale lekko przypakowany, koszulka rugby północnej irlandii - pyta mnie "z Polski jesteś?" Rzeczywiście, mogłem nosić koszulkę z orzełkiem i napisem POLSKA zupełnie przypadkiem. "No, a o co cho?"
"Aaaa... macie takiego super BZDZNOwskyy" Domyśliłem się, że to miało być nazwisko, więc poprosiłem, żeby uściślił o kogo chodzi. "No wiesz... strongman, superpower... worldchampion Marius BZDZNOwskyy...
Jakbym mu powiedział, że ten niedawno prawie wygrał porszaka za taniec, to ciekawe, czy by mi uwierzył...

08.06.2008

Euro 2008, Polska - Niemcy i kto nam kibicuje...

Na początek oblejmy sobie trochę głowy zimną wodą - w niedzielę wieczorem oczywiście będzie gorąco, ale tekst prof. Krasnodębskiego polecam uwadze.
Poza tym trochę bawią mnie teksty w polskich mediach, jak to miliony Brytoli będą teraz kibicować naszym. Nie wiem jak to w wielkim świecie, ale tu na prowincji tubylcy mają naszych Orzełów w pompie. W kioskach i sklepach nie ma osławionego wydania The Sun po polsku, a w Belfast Telegraph na kolumnach sportowych królują rugby, golf, wycigi konne i gaelic football - który chyba jest połączeniem kopanej z ręczną. O EURO 2008 są ze trzy strony, gdzie piszą o Hiszpanach i zapowiadają mecz Polska - Niemcy jako początek walki naszych zachodnich sąsiadów o tytuł. O Polakach raczej niewiele.
I chociaż rodacy tutaj tez są pełni wiary, to mnie optymizmu brak przed dzisiejszym wieczorem. Bukmacherzy nie powinni się aż tak mylić. Za zwycięstwo naszych stawka wynosi mniej więcej 5 do 1, remis to 3,5 do 1. Na giermanców stawiac sie nie oplaca... A propos buka - nie moglem sobie odmówić wizyty w ladbrokers. Na dzień dobry zagralem skrajnie zachowawczo za 2 funy, ale chyba znow mam farta (tak wlasnie tlumaczą się hazardzisci ;) ) bo z tej kwoty jest juz 8 funów. Cikekawe ile ukula się na koniec mistrzostw...
Bez względu na niskie notowania Polaków i tak idziemy z grupą znajomych do pubu. Koszulki na grzbiet i jazda ;) Nie wiem tylko jaka będzie reakcja miejscowych. Czy będą z nas szydzić, czy też współczuć...
Z racji tego, że są przejsciowe problemy z netem, następny wpis będzie wtedy, kiedy będzie. Dzisiejszy wpis sponsorowany jest za przez mr Jajko, za co składam mu serdeczne Bóg zaplać.
A na potwierdzenie słów o kibicowaniu Polaków przez Ulsterczyków zdjęcie najlepszej tutaj knajpy, gdzie na wielkim ekranie wyswietlane są mecze. Ktos najwyraźniej ukradl polską flagę, bo przecież chyba o nas nie zapomnieli...

06.06.2008

Z kamerą wśród zwierząt

Wbrew pozorom nie ma w tytule żadnej ironii czy innych alibi. Dzisiaj wracając z dżobcentra przeszedłem się nad marinę, gdyż tam się umówiłem z siostrą. No i przyzwyczajony do toruńskich sraluchów, niosących śmierć łabędzi i innych krzyżackich form życia z zainteresowaniem zobaczyłem coś nowego.
Najpierw ptasią awanturę na nabrzeżu:




Te ptaszyska to "Bangorskie Pingwiny" - podobno tutaj to najbardziej znana w Ulsterze kolonia ptaków, znanych w Polsce jako nurniki.
A przy samym końcu cypla trochę się zdziwiłem.

Na początku pomyslałem, że to pies. Ale to była foka. Która najwyraźniej "sępiła" ryby od wędkarzy. Co prawda kiedyś foka płynęła sobie Wisłą do Włocławka (gdzie zatrzymała się na tamie), ale tamta to po prostu była lekko szalona. Tutaj mamy do czynienia z wyrachowaną (ryby) i przyzwyczajoną do ludzi Foczychą.

03.06.2008

Z lokalnej prasy i troche jeszcze o weekendzie

Wychodzi tutaj lokalny tygodnik. "County Down Spectator", założony wnioskując z winiety w 1904 roku, zdecydowanie lojalistyczny i konserwatywny( w logo dłoń znana z murali). W ostatnim numerze historyjka z sądu. Relacja z procesu młodego człowieka, który został oskarżony o zaatakowanie - czynne i werbalne - załogi ambulansu. David Hanley (lat 22 jak donosi gazeta, jadąc po imieniu i nazwisku wszystkich - nie ma jak w Polsce zasłaniania się ochroną danych osobowych, durnymi przepisami karnej procedury, czy innymi przejawami politycznej poprawności - w 2005 został najprawdopodobniej zupełnie przypadkowo - pomylono go z kimś innym - postrzelony "by paramilitaries" (czyli przez pozostałości po "kłopotach". Od tego czasu jest ślepy i porusza sie na wózku.
W lipcu 2007 miał jechać do szpitala w Belfaście na jakiś zabieg. Kiedy sanitariusze chcieli przypiąć go pasami do ściany ambulansu, by nie jeździł i rozbijał sie o drzwi, dostał szału. Poszarpał jednego sanitariusza, zbluzgał pozostałych. Co zrobił sąd? Po ojcowsku wytłumaczył Davidkowi, że grzecznym trzeba być, jak ktoś chce pomóc, że uderzanie ludzi to nie jest właściwy sposób postępowania, nakazał być szczególnie grzecznym i przestrzegać prawa przez najbliższe sześć miesięcy i dał grzywnę stu funtów.
Podane nazwiska to jedno. Podejście sądu, rzecz druga. Brytyjski system jest moim zdaniem przykładem jak budować państwo prawa. Trzecia rzecz - dosyć ponura świadomość , że paramilitarni wciąż działają sobie całkiem żwawo w niektórych miejscach niezbyt odległych.
A jaki to ma związek z weekendem? Otóż Irlandczycy z okolicy zaniepokojeni sposobem spędzania sobotnich wieczorów przez naszych rodaków stwierdzili, że tak dalej nie będzie. Pierwszą drogą będzie oczywiście policja, ale jeśli nasi krajanie będą cwaniakować, sprawa zostanie załatwiona "przez znajomych" tutejszych. Syf po mieście w każdym razie poszedł...

01.06.2008

Really hot weekend... / się działo ...

Miniony weekend był chyba najgorętszym w tym roku w tym kraju. Lampa z nieba grzała konkretnie, no i niektórym konkretnie przygrzała.

Skąd rybacy wracali? Z nocnej wracali wycieczki. To znaczy ten widoczny na zdjęciu tylko w nieznacznym kawałku nieszczęśnik był maruderem. Późno wrócił z rejsu, dziabnął jeszcze pewno gdzieś po drodze i kiedy już wyobrażał sobie rozkosze swego materaca, okazało się że drzwi od domu otworzyć się nie da, a wszyscy w środku mają go raczej w pompie. Zamek w drzwiach był rozjebany że się tak wyrażę na skutek wcześniejszych wydarzeń.

Zaczęło się podobno - bo w sumie konfrontuję różne wersje z ust polskich mieszkańców tej uliczki (na moje to jakieś 60 procent) - od małej scysji w mieszkaniu lokatorki pod nami. Mieszkający naprzeciwko rybacy (to znaczy prawie naprzeciwko, dom znajduje się na zdjęciu powrotu z nocnej wycieczki) chcieli uczestniczyć w grylu sie tam odbywającym, gospodyni raczej nie miała chętności, do tego wyszły jakieś dodatkowe modus operandi z życia osobistego i rozmowa przeniosła się na poziom strzałów z liścia. Na środku ulicy. W sobotę, około 21.00. Szybko przyjechały trzy suki, ale policja tu mimo wszystko grzeczna, a uczestnicy gier ulicznych pierzchli.

Sęk w tym, że całej prawie że kilkunastominutowej gonitwie i bijatyce polaczków na southwell przyglądał się cały tłum iroli z knajpy na rogu. Policja przyjeżdżała jeszcze dwukrotnie, usiłowała jakoś wejść od ogródka do rybaków, ale była za grzeczna, by kłócić się z właścicielem ogródka, który był jeszcze po drodze.

Ten problem nie stanowił członkom grupy operacyjnej antyrybaków, która wjechała dwukrotnie na kwaterę wilków morskich i zrobiła im według zeznań osób będących ponoć w temacie z dupy jesień średniowiecza. Czyli sobotni wieczór gruby i totalnie żenujący. W niedzielny poranek kiedy ruszaliśmy w drogę, na ulicy spotkaliśmy stojących i rozmawiających ze sobą sąsiadów Irlandczyków. Pytali nas, dlaczego ci ludzie bili sie na ulicy? Czy w tym domu kogoś zamordowano, bo takie straszne były stamtąd krzyki? Czemu ci ludzie nie przestrzegają zasad? Przecież wiemy, że w tu przyjechaliście pracować. Przecież Irlandczycy tez jeździli po całym świecie za pracą. To wolny kraj, ale trzeba przestrzegać reguł. Co mamy zrobić? Oni twierdza, że nie rozumieją po angielsku, więc może powinniśmy napisać do nich list po polsku i to wszystko wytłumaczyć?...
No to trochę się zgarbiliśmy. Bo co mieliśmy im odpowiedzieć? Że list pomoże? Rzuciliśmy, że może należy zawiadomić landlorda, żeby ich na pysk wyrzucił, ale z drugiej strony to jak płacą, to landi może mieć to w już wspomnianej pompie. Niech więc zadziała irlandzka sprawiedliwość, a ja, że się tak nieoryginalnie wyrażę: Ścieżka sprawiedliwych prowadzi przez nieprawości samolubnych i tyranię złych ludzi. Błogosławiony ten, co w imię miłosierdzia i dobrej woli prowadzi słabych doliną ciemności, bo on jest stróżem brata swego i znalazcą zagubionych dziatek. I dokonam na tobie srogiej pomsty w zapalczywym gniewie, na tych, którzy chcą zatruć i zniszczyć moich braci. Poznasz, że Ja jestem Panem, kiedy wywrę na tobie swoją zemstę...
Taki sposób najlepszy.
Na szczęście znikamy niedługo z tej ulicy. Ludzi z lasu i tak będziemy odwiedzać, resztę niech gryzą psy.
To z weekendowych wydarzeń było to najdziksze, a w sobotni wieczór i w niedzielę było morie. Przyznam dość dziwne. Na skutek opisanych pływów plaże są... hm specyficzne.




No ale generalnie było w pytę. Woda ciepła, słonko grzało. Za to w poniedziałek ma lać. To tu podobno normalne. Heh.